„Nasz Dziennik” nr 197, 24 sierpnia 2000
Przestraszeni lustracją

Z PUBLIKACJI

Kiedy przed kamerami telewizyjnymi ujrzeliśmy zdenerwowaną postać lustrowanego prezydenta Kwaśniewskiego, w wielu głowach zaświtała nadzieja urealnienia choć po części „dziejowej sprawiedliwości”. Bo rzecz idzie nie tyle o to, czy pan Kwaśniewski rzeczywiście współpracował ze służbami specjalnymi PRL. Ważne jest, że jako człowiek stanowił ważną część aparatu PZPR – partii, która wysługiwała się zbrodniczej ideologii i obcemu mocarstwu. Chciałoby się zobaczyć Kwaśniewskiego wraz z towarzyszami nie tyle przed Sądem lustracyjnym, co dekomunizacyjnym, nie, aby ich osadzić w więzieniu, ale by odsunąć od wpływu na władzę.

Brak dekomunizacji w sposób jednoznaczny zaciera obraz naszej sceny politycznej i jeszcze bardziej demoralizuje społeczeństwo. Zło w Polsce nie zostało wprost nazwane złem, a kłamstwo kłamstwem. Jakże często na tym tle ujawniają się postawy ludzi zdemoralizowanych. Podczas zbierania w Lublinie podpisów na jednego z prawicowych kandydatów, pan w średnim wieku stwierdził, że będzie głosował na Kwaśniewskiego, a w swoim życiu jednego tylko żałuje, mianowicie tego, że w czasach komunistycznych nie zapisał się do PZPR. Dziś bowiem – jak stwierdził – żyłby dostatnio, a tak musi prowadzić egzystencję nędzarza.

Powyższa postawa nie jest bynajmniej odosobnionym przypadkiem. Świadczy o totalnym pomieszaniu pojęć. Ludzie, którzy jak ten pan, nigdy nie należeli do partii komunistycznej, dziś będą głosować na postkomunistę. Nie zostało im wprost pokazane zło tamtego systemu, a więc wszystko stało się względne.

W tej sytuacji jak scena z „kołtuńskiej tragifarsy” brzmią słowa prezydenta Kwaśniewskiego, że „są w Ojczyźnie rachunki krzywd”. Słowa groźby pod adresem lustratorów są czystą kpiną z historii. Rzeczywiście rachunki krzywd są nie wyrównane i wcześniej czy później postkomuniści będą musieli je zapłacić. Proces lustracyjny – wszak zakończony sukcesem dla Kwaśniewskiego – choć po trosze mógł zadowolić pokrzywdzonych przez komunizm. Widok trzęsącego się z obawy o utratę stanowiska kandydata SLD niesie nadzieję, że sprawiedliwość jeszcze kiedyś zapanuje. Wydaje się, że dekomunizacja jest potrzebna nie tylko ofiarom zbrodni systemu, ale (o paradoksie!) nade wszystko tym, którzy ów system podtrzymywali. Osądzenie ich działalności dałoby im bowiem szansę stanięcia w prawdzie, a co za tym idzie prawdziwej zmiany swego życia.

Jak prawda ta jest bolesna, świadczy opór związany nie tylko z dekomunizacją, ale i z ustawą lustracyjną. O ile opór ten jest naturalny u działaczy eseldowskich, o tyle najbardziej przykre formy przybiera wśród środowiska Unii Wolności. W związku z ustawą lustracyjną wychodzą na jaw różne skandale. I zamiast po dziennikarsku cieszyć się, że ujawniana jest prawda o tych okrutnych czasach XX wieku, „Gazeta Wyborca” wraz ze swym redaktorem naczelnym nie ustaje w atakach na samą lustrację, na Rzecznika Interesu Publicznego, a nawet na niezależny Sąd lustracyjny. O ile w przypadku nierozliczonych zbrodni komunistycznych „Wyborcza” broniła „bezstronności” sądu, tak w tym wypadku bezstronność tę z premedytacją podważa. Hipokryzja sięga więc zenitu.

Politycy Unii Wolności występują zgodnie tak przeciw lustracji, jak i dekomunizacji. Gdyby ich organ prasowy z taką samą zaciekłością tropu komunistycznych zbrodniarzy, jak czyni to z urojonymi w większości wypadków „antysemitami”, mielibyśmy o wiele więcej sprawiedliwości w naszym życiu społecznym. Jednakże wspomniana gazeta swoimi akcjami raczej pogłębia ową niesprawiedliwość, że wspomnę niedawną nagonkę na prof. Ryszarda Bendera w związku z tzw. kłamstwem oświęcimskim. Pomimo że prokuratura wydała decyzję o niepodejmowaniu postępowania przeciwko profesorowi, sugerując manipulację prasową dotyczącą oceny jego poglądów, nikt z „Wyborczej” nie przeprosił prof. Bendera. Zaczęła się zaś nowa nagonka, tym razem na lustrację.

Aby ustawa lustracyjna odnalazła swój rzeczywisty sens, musi być czym prędzej uzupełniona ustawą dekomunizacyjną. Zeznający w procesach lustracyjnych byli UB-ecy powinni sami jak najszybciej stanąć przed sądem, a dawni PZPR-owscy politycy utracić wpływ na rządy w Polsce. Tego wymaga dobro Polski i zwykle poczucie sprawiedliwości.

Mieczysław Ryba