„Czas” nr 12, 18 marca 2000
W obronie prawdy

Z PUBLIKACJI

Kiedy mówisz o kimś źle – powiedział rabbi z Korca – szatan zmusi cię, byś świadczył przeciwko tamtemu. Czyżbyś chciał stać się pomocnikiem szatana?

Daniel Lifschilz, Z MĄDROŚCI CHASYDÓW

W obronie prawdy
DARIUSZ HYBEL

Trwa haniebna nagonka na prof. historii z KUL-u Ryszarda Bendera. Wszystko zaczęło się od styczniowej audycji w Radiu Maryja, w której p. Bender i dr Piotr Raina (Hindus, wybitny znawca najnowszej historii Polski i polskiego Kościoła) stanęli w obronie dr. Dariusza Ratajczaka, historyka z Opola, represjonowanego za naruszenie prawa o tzw. kłamstwie oświęcimskim.

Obaj naukowcy – a także obecny wówczas w studiu Ratajczak – słusznie stwierdzili, że nie należy administracyjnie ograniczać wolności badań naukowych. Powiedzieli także, że z opolskim historykiem można się spierać, lecz

NIE WOLNO KARAĆ

za sam fakt przytaczania przez niego stanowiska tzw. rewizjonistów Holokaustu odnośnie funkcjonowania obozów niemieckich. Stając w obronie wolności badań naukowych (i to w kontekście nagonki na Ratajczaka), i Bender, i Raina wykazali się dużą moralną odwagą. Płacą za ten znaczący gest cenę do dnia dzisiejszego.

Zwłaszcza prof. Bender, który stał się wcześniej znany Polakom m.in. za nazwanie Jerzego Urbana „Goebbelsem stanu wojennego”, jest obecnie ze szczególną obłudą atakowany w mediach. Odbył się nad nim także swoisty sąd kapturowy na KUL-u, gdzie Senat tej uczelni przyjął uchwałę, w której odcina się od słów Bendera i zamierza wszcząć wobec niego „postępowanie dyscyplinarne”.

Relacje z pamiętnej audycji w Radiu Maryja – nieustannie przytaczane w mediach (a la „Wyborcza”) jako zarzuty pod adresem profesora z KUL-u są koszmarną manipulacją. Dzięki nim Bender – niszczony obecnie z premedytacją i bezwzględną siłą – ma się jawić jako kłamca i antysemita zaprzeczający zagładzie Żydów w Oświęcimiu.

Ja na własne uszy słuchałem owej audycji, przywoływanej przez wszystkich oszczerców profesora, i wiem, że Benderowi

CHODZI O PRAWDĘ!

Jeszcze dziś brzmią mi w uszach słowa, w których stanowczo zwrócił on uwagę jednej ze słuchaczek zaniżającej liczbę ofiar Oświęcimia: „Tak nie można mówić, proszę pani, dla nas liczy się Prawda, może tych ofiar było znacznie więcej niż się dziś podaje”. Czy ktoś z Polaków poddawanych obecnie obrzydliwej propagandzie, która wdeptuje w ziemię niewinnego człowieka, mógł przeczytać powyższe słowa w jakiejś gazecie? Nie! Czy kogoś interesuje przywiązanie naukowca z Lublina do Prawdy? Czy o Nią tutaj chodzi? Czy może raczej chodzi o ideologiczne wyznaczniki – jedną obowiązującą wersję wydarzeń, traktowaną niczym religijne credo?

Ja słuchałem tej audycji i doskonale wiem, jakim kłamstwem jest permanentne przypisywanie p. Benderowi słów, których nie wypowiedział. A niestety na ich podstawie historyk z KUL-u jest haniebnie niszczony. Prof. Ryszard Bender zacytował wydawane w Paryżu

PRZEZ JERZEGO GIEDROYCIA

„Zeszyty Historyczne” (128/99), w których „książę intelektualistów” opublikował zaskakujące wspomnienia Jerzego Stadnickiego pt. „Mój pamięciowy obraz Oświęcimia”. Stwierdza w nich np., że był tylko raz uderzony przez Niemca, że chleb otrzymywany w obozie smakował mu bardziej niż otrzymywany z domu, że jadał trzy razy dziennie, że Żydzi pełnili różne funkcje obozowe.

Bender nie zrobił nic innego, jak tylko zacytował tę relację, która ujrzała światło dzienne dzięki Giedroyciowi. Czy – jako historyk – miał zamknąć na nią oczy, wyrzucić ze swej świadomości, przemilczeć? Jest bardzo ciekawe, iż autorytet „paryskiego księcia”, dzięki któremu omawiana tu relacja ukazała się w druku, nie jest szargany, natomiast usiłuje się skazać na infamię człowieka, który relację tę jedynie przytoczył.

Prof. Bender niszczony jest również za to, że pozwolił sobie na li tylko metodyczne uporządkowanie debaty na temat niemieckich obozów pracy i zagłady. Zwrócił uwagę na potrzebę stosowania właściwej dla historyka terminologii z tamtych czasów. Zgodnie z nią Oświęcim był tym rodzajem obozu, w którym Żydów, Cyganów czy Polaków zgodnie z założeniem wysyłano na tamten świat za pomocą katorżniczej pracy, nie unikając masowego zabijania w inny sposób, np. w komorach gazowych. Istniały bowiem niemieckie obozy (np. Treblinka czy Sobibór), które z założenia były jedynie obozami zagłady, gdzie ludzie praktycznie w ogóle nie pracowali.

W mediach zaistniała tylko jedna

ZBITKA KŁAMLIWYCH INFORMACJI:

Bender twierdzi, że Oświęcim był jedynie obozem pracy. A później ciągiem wymieniane są ww. relacje Stadnickiego, opublikowane przez Giedroycia i praktycznie wkładane w usta Bendera; a jeśli nie wkładane, to prezentowane w taki sposób, jakby profesor z KUL-u uznawał je za obowiązujące. Manipulacji ta jest żenująca.

Tym bardziej dziwi postępowanie Senatu KUL-u, który dołączając się do nagonki na pracownika swej uczelni, opiera się na „informacjach o wypowiedzi” prof. Bendera (patrz: ostatnia uchwała Senatu Akademickiego KUL z dn. 25 lutego, ogłoszona 7 marca), a nie na tym, co sam Bender mówił. Nie wiem, jaki będzie efekt postępowania dyscyplinarnego, o którym stanowi uchwała, wiem jednak, że są tacy, co mają już w tym względzie gotowe rozwiązanie.

Oto na łamach „Gościa Niedzielnego” zabłysnął Andrzej Zoll, który dołączył do chóru domagającego się ukarania p. Bendera za kłamstwo. Zoll podpowiedział władzom KUL-u, co winny zrobić z człowiekiem, który odważył się świadczyć o Prawdzie – dla tego typu ludzi „na katolickiej uczelni nie powinno być miejsca”.

Ale jeśli dla tego typu ludzi nie ma być tam miejsca – dla ludzi szukających Prawdy, podważających w imię Prawdy zastane „pewniki” naukowe – to dla kogo są wyższe uczelnie? Dla moralnych koniunkturalistów’? Czy takich uniwersytetów chce Zoll – prawnik, Prezes Trybunału Konstytucyjnego?

Mało tego, pan prezes stwierdził, że również Kościół powinien stanowczo zareagować na przypadek Bendera. W jego opinii, kiedy historyk z Lublina występuje w Radiu Maryja, wykorzystuje autorytet Kościoła „do działań antychrześcijańskich, sprzecznych z nauką Kościoła i europejską kulturą”. Jakież to działa wytoczone… Pewnie największe – to zamach na „europejską kulturę”, w której coraz ciaśniej zaciska się pętla ograniczająca wolność słowa i możliwość artykułowania niewygodnych prawd. No, a że bez wątpienia p. Andrzej Zoll do takich elit aspiruje, więc i potępić Bendera musiał „po europejsku”. Że Prawda? Co tam Prawda, salony….