„Myśl Polska” nr 23-24, 6 – 13 czerwca 1999
Skończyć flirt z Unią Wolności

Z PUBLIKACJI

Rozmowa z prof. Ryszardem Benderem, radnym Lubelskiego Sejmiku Samorządowego

– Minęło 120 dni od wejścia w życie reformy administracyjnej. Nawet przedstawiciele rządu (np. wiceminister Jerzy Stępień) wyrażają się krytycznie o jej efektach. W ten sposób potwierdzają się obawy opozycji, krytykującej polityczne, ekonomiczne i organizacyjne założenia ustawy samorządowej. Jak Pan Profesor, jako radny sejmiku wojewódzkiego w Lublinie ocenia sytuację samorządów?

– Upłynęło już tyle lat, że można pewne wnioski wyciągnąć – czy i na ile reforma administracyjna była potrzebna. Na ten temat byty różne głosy – zarówno co do powołania poszczególnych szczebli samorządu, jak i samego podziału. Do dziś jest problem, czy trzeba byto tworzyć powiaty – a jeśli tak – to czy aż tyle? Coraz powszechniej uważa się, że wystarczyłaby ich połowa. Poza tym, ustawa nie zabezpieczyła samodzielności ekonomicznej powiatów, wobec czego są one tworem bardzo sztucznym i cherlawym, zawieszonym między gminami i sejmikami wojewódzkimi. Jest to sytuacja ogromnie niekorzystna. Stworzono powiatom możliwości działania na polu szkolnictwa, służby zdrowia, inicjatyw gospodarczych, ale nie wyposażono w wystarczające środki, ani nawet odpowiednie kompetencje. Osobiście jako historyka cieszy mnie tylko to, że powrócili starostowie. Urząd ten jest od wieków, już od czasów średniowiecza – wpisany w nasze dzieje.

Problem stanowi też charakter samych struktur samorządowych. Tylko małe gminy nie są skażone bakcylem polityczności. Jedynie w jednostkach do 20 tys. mieszkańców były wybory większościowe, wyłączone spod dominacji partii politycznych. Był to regres nawet w stosunku do okresu wcześniejszego, gdy system taki obowiązywał w gminach do 40 tys. mieszkańców. Jest to aberracja nie spotykana nigdzie w Europie, występująca być może w jakichś krajach latynoamerykańskich, czy azjatyckich – upolitycznianie życia publicznego od samych jego podstaw. Postępując tak, właściwie kolejnym krokiem powinno być w ogóle wyeliminowanie głosowania na konkretne osoby i zastąpienie tego wyłącznie wskazaniem na listę partyjną, o nadanym numerku, co wybory przemieni w kupowanie kota w worku. Oby do tego nie doszło. O słabości tego rozwiązania świadczą doświadczenia samorządów, gdzie przede wszystkim należałoby znać poszczególnych ludzi – ich możliwości intelektualne, organizacyjne, ich uczciwość, a to przy obecnej strukturze możliwe jest wyłącznie w małych gminach. Potrzebne są zmiany obejmujące także sytuacje tak absurdalne, jak kandydowanie do samorządów posłów i senatorów. To już zupełne dziwactwo, w sposób widoczny utrudniające pracę samorządów, choćby ze względu na chronioną absencję tych osób. Uniemożliwia to również parlamentarzystom pewną syntetyczność spojrzenia na sprawy ogólnokrajowe i rzuca ich w wir spraw szczegółowych, w których z kolei brak im rozeznania.

– Wiele kontrowersji budzą sprawy finansowe – zarobki radnych i działaczy, wydatki reprezentacyjne, rozrost aparatu administracyjnego, spory o majątek między poszczególnymi organami samorządu Polityka życia nad stan jest solidarnie popierana przez wszystkie opcje. Czy nie obawia się Pan spadku autorytetu i skuteczności samorządów?

– Oczywiście sprawa jest ogromnie niepokojąca. Nie w pełni jasny jest zakres kompetencji urzędu wojewódzkiego, w związku z przekazaniem części kompetencji niższym organom samorządowym. Urząd marszałkowski rozrasta się. Następuje dualizm – ba, nawet trójczłonowość władzy, bo nadal trwa ingerencja administracji centralnej – i dobrze, ze względu na unitarność państwa. Nie można przecież dopuścić do nadmiernego rozpasania dzielnicowego. Trudności dotyczą jednak spraw finansowych. Organy ogólnopolskie odziedziczyły po PRL nadmierne scentralizowanie w tej dziedzinie. Układ ten podtrzymują ludzie o proweniencji komunistycznej, którzy w minionym okresie mieli wpływ na kwestie gospodarcze – czego symbolem jest dawny towarzysz z PZPR, obecnie przewodniczący Unii Wolności – Leszek Balcerowicz. Samorząd pozostaje ubogim krewnym rządu. A wiemy, że ubodzy krewni z reguły nie mają wiele do powiedzenia.

Gminy, które jak dotąd nie pozwoliły sobie zabrać wszystkiego czym do tej pory dysponowały jako tako jeszcze się trzymają. Już jednak powiaty są rachityczne. Sejmiki też pieniędzy nie mają zbyt wiele, ze względu, że nie wszystko im jeszcze przekazano z pionu rządowego. Dochody własne są niewielkie, w powiatach właściwie żadne. W tej sytuacji należałoby zrobić wszystko, by tymi środkami umiejętnie i ostrożnie gospodarować. Mamy obecnie do czynienia z nadmierną rozrzutnością finansową urzędów marszałkowskich, władz powiatów i dużych gmin, zwłaszcza miast, w szczególności jeśli chodzi o zarobki. Są one rzeczywiście w odczuciu społecznym gęsto piramidalne.

Wiemy, że głównym pomysłodawcą instytucji samorządu wojewódzkiego był nieszczęsny minister Michał Kulesza, który niegdyś Gierkowi doradzał utworzenie 49 województw, aby „władza była bliżej ludu”, a teraz dla odmiany – na kształt jakiejś wańki-wstańki – wspomagał powołanie szesnastu województw. Wykonawszy „brudną robotę” umknął z sobie tylko wiadomych względów, zostawiwszy reformę samą sobie. Niewątpliwie były też inspiracje ze strony struktur europejskich, aby stworzyć województwom znaczne możliwości samodzielnego działania, włącznie z prowadzeniem własnej polityki zagranicznej – tak, aby ich kompetencje były paralelne wobec landów niemieckich, a nawet je przewyższały. Miało to zachęcić województwa do podejmowana działań z pominięciem władz centralnych. Niemcy nigdy nie były i nie są państwem w pełni unitarnym, stąd łatwiej im prowadzić politykę wobec zróżnicowanych regionów. Taka jest geneza wsparcia ze strony Berlina dla obecnego kształtu reformy administracyjnej.

Zaskakujące było, że 5 czerwca 1998 r. polski Sejm odrzucił poprawki Senatu mające ograniczyć uprawnienia województw do prowadzenia własnej polityki zagranicznej bez nadzoru ze strony rządu i MSZ. Politycy zachowali się jak biegnące ku przepaści lemingi. Zaledwie pojedynczy posłowie poparli wniosek Senatu. Tak głosowali wszyscy! Marszałek Sejmu zobowiązany byt przecież zwrócić uwagę, że rozwiązanie to narusza nawet zapisy tej naszej nieszczęsnej „konstytuty”. Taki projekt w ogóle nie powinien był być oddany pod glosowanie! Natychmiast, 6 czerwca występując w Radiu Maryja podniosłem larum. Marian Krzaklewski zadzwonił do Radia Maryja i na antenie obiecał, że zajmie się tą sprawą. Bronił się, twierdził, że byto to jakieś niedopatrzenie. Ja podnosiłem safandulstwo i niewyrobienie polityczne posłów. O. Tadeusz Rydzyk wprost mówił o zdradzie. Ostrzegałem przewodniczącego AWS, że rzecz będzie trudna do naprawienia. I rzeczywiście czas płynął – a nic się nie działo. Opublikowałem w „Naszym Dzienniku” tekst: Słowa trzeba dotrzymać Panie Przewodniczący! W efekcie pan Krzaklewski przyznał, że nic nie może poradzić i trzeba pogodzić się z sytuacją. Cóż, musimy przyjąć do wiadomości, że takie uprawnienia sejmiki posiadają. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy z nich korzystać!

Inna kwestia – to przewidziane ustawą osobne flagi, godła i hymny województw. Trwają już spory o barwy, kształty (np. w Małopolsce). Dyskutuje się też, która flaga ma mieć pierwszeństwo – państwowa, czy wojewódzka. Na gmachach samorządów będą powiewać flagi regionów – a nie Rzeczypospolitej! Nota bene na trzecim miejscu honorowana będzie flaga Unii Europejskiej. Na Śląsku Opolskim biało-czerwona prawie zupełnie zniknęła, ustępując lokalnej, żółto-niebieskiej. Rzecz jest poważna i niebezpieczna. Niektórzy samorządowcy idą w ślady Bolesława Bieruta, który Proponował Stalinowi zastąpienie Mazurka Dąbrowskiego. Chcą osobnych hymnów województw! Nie patrzą przy tym na rosnące koszty takich działań. W przypadku stosunków z zagranicą mści się z kolei niedoświadczenie i naiwność naszych polityków. Cechują one nawet przedstawicieli rządu, prowadzących rozmowy z Unią Europejską, co dopiero mówić o działaczach samorządowych. Tu trzeba wytrawnych graczy i dużych pieniędzy. A Urząd Marszałkowski, opanowany w Lublinie przez koalicję SLD-PSL, już tworzy jednoosobowe przedstawicielstwo w Brukseli, preliminując na ten cel w budżecie województwa kwotę 242 tys. zł.

– Rząd AWS-UW zdecydował się na realizację tzw. „czterech wielkich reform” w ciągu jednego roku W ten sposób pogłębia się tylko chaos i dezorientacja ludzi. Czy chodziło tylko o wykorzystanie 12 miesięcy bez wyborów?

– Rzeczywiście, uważam że mamy do czynienia z jednym z najgłupszych posunięć rządów od czasu upadku PRL. Nie wolno byto tego wszystkiego robić w ciągu jednego roku! Zwłaszcza, że każda z tych reform była niedopracowana. Moim zdaniem optymalny byłby dwuletni okres przejściowy dla poszczególnych zmian. A tak, ani ci którzy wprowadzają, ani ci co podlegają reformom – nie wiedzą co z tego wyniknie?

– Nie ustaje konflikt o kontrolę nad Publicznym radiem i telewizją. Koalicja AWS-UW wysunęła propozycję instytucjonalizacji wpływu czterech głównych ugrupowań parlamentarnych na kształt rad nadzorczych PR i TV Czy niezależność mediów to już tylko mit?

– Być może za półtora roku, po wyborach, pozostaną dwa ugrupowania parlamentarne. Tak przynajmniej wynika z projektów zmian ordynacji wyborczej, która miałaby zmusić do zawarcia „małżeństwa z rozsądku” AWS z SLD. Zauważmy, niedobrze jest być skazanym na małego koalicjanta, który gra nam na nosie – jak postępuje Unia Wolności z AWS. Ale po stokroć gorzej byłoby stanąć twarzą w twarz z potężniejszym przeciwnikiem.

Formułę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji uważam za błędną. Problemem jest jej polityczność. Brakuje fachowości. W swoim czasie Radzie przewodniczyłem ja – historyk, sekretarzował polonista, jednym z członków był też psychiatra – dr Jan Szafraniec. Uważam, że korzystne byłoby ustalenie parytetu połowę członków KRRiTV stanowiliby fachowcy, resztę osoby delegowane przez siły polityczno-państwowe. Takie rozwiązanie powinno się sprawdzić przynajmniej w najbliższym czasie. Rozwój mediów elektronicznych prawdopodobnie odbierze sens istnieniu Rady. Dostęp do środków masowego przekazu stanie się powszechny.

Na razie jednak trzeba wypośrodkować fachowość i polityczność. Swych członków do Rady desygnuje Sejm, Senat i Prezydent RP. Obecnie sprawujący ten urząd powtarza, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Miałby znakomitą okazję udowodnić to dokonując nominacji do KRRiTV dawnych ludzi Wałęsy. Czemu np. nie przedłużyć kadencji dra Jana Szafrańca, osoby głęboko zaangażowanej w sprawy mediów? Niestety, zacietrzewienie polityczne jest zbyt duże. A nominacja osoby z wiadomego układu tylko tę sytuację pogłębi.

– Środowiska narodowo-katolickie i patriotyczne wciąż pozostają rozproszone, czy widzi Pan szansę na ich trwałą współpracę np. w kontekście wyborów prezydenckich i parlamentarnych?

– Tak, wybory prezydenckie, które nastąpią już w przyszłym roku, powinny – muszą zjednoczyć cały obóz narodowy, całą polską prawicę i środowiska katolickie. O ile taka integracja nie nastąpi, lewica jawna i tajna doprowadzi o reelekcji Aleksandra Kwaśniewskiego, a to będzie najgorszym prognostykiem dla kolejnych wyborów parlamentarnych. Realne niebezpieczeństwo, wiszące nad Polską, mam nadzieję, uprzytomni prawicy, także AWS, że należy położyć kres niekończącym się flirtom tej ważnej formacji politycznej z organicznie powiązaną z komuną – Unią Wolności. UW zawsze bliższy będzie Aleksander Kwaśniewski niż ktokolwiek z AWS. Nie z Unią Wolności, lecz ze środowiskami narodowo-katolickimi łączyć się winien Marian Krzaklewski, przewodniczący AWS. Inaczej jego prezydentura będzie wątpliwa, w Pałacu Prezydenckim pozostanie Aleksander Kwaśniewski.

Rozmawiała Anna Kiszczyńska-Rękas