„Myśl Polska” nr 6, 29 lutego 1997
Radio Maryja jest dyskryminowane

Z PUBLIKACJI

Rozmowa z prof. Ryszardem Benderem – przewodniczącym Stowarzyszenia Obrony Radiosłuchacza i Telewidza

– Nigdy nie unika Pan zabierania głosu w ważnych sprawach publicznych. Ostatnio znów stał się Pan przedmiotem kontrowersji. Środowiska liberalne uważają, że niesłuszne były zastrzeżenia wobec Władysława Bartoszewskiego, których był Pan współautorem, a sąd w Lublinie nakazał Panu przeprosić Jerzego Urbana. Jak Pan to skomentuje?

– Tak się stało, że znalazłem się niejako między Scyllą a Charybdą. Z jednej strony sprawa Władysława Bartoszewskiego, a z drugiej Jerzego Urbana. Jeśli idzie o Bartoszewskiego (kiedyś zresztą blisko ze mną związanego, bo był starszym wykładowcą w mojej katedrze zanim przeniósł się za granicę), problem dotyczył kwestii zasadności przyznawania mu nagrody z dziedziny katolickiej nauki społecznej. W tej sprawie najbardziej kompetentni byli profesorowie: Czesław Bartnik, Stanisław Kowalczyk, Franciszek Mazurek, Władysław Piwowarski, Edward Walewander i Zygmunt Zieliński, a my czterej świeccy profesorowie (oprócz mnie Czesław Bloch, Eugeniusz Wiśniowski i Jan Lidek), którzy dołączyliśmy do tego, wyraziliśmy to samo zdanie, że wyróżnienie nagrodą ks. Brunsa – nagrodą z dziedziny katolicko-społecznej – było w tym wypadku przedziwne, niewłaściwe.

Inna sprawa, że ja osobiście mam większe obiekcje, jeśli idzie o Władysława Bartoszewskiego. Mam mu za złe, że przyjął on nagrodę im. Gustava Steressemana – znanego wroga Polski odrodzonej w 1919 roku i jej integralności terytorialnej. W moim odczuciu żaden Polak nie powinien przyjmować nagrody im. Stressemana, podobnie jak nie powinien przyjmować nagród imienia Lloyd George’a albo Mołotowa, gdyby takie powstały. Tak samo jak żaden polski żołnierz nie może przyjąć orderu Suworowa. Tak czy inaczej reakcja kół liberalnych (nawiasem mówiąc, trzeba ich podziwiać, jak potrafią od razu zorganizować się!) była nieproporcjonalnie duża do poruszonej przez nas kwestii, kto i w jakiej mierze może być w sprawach katolicko-społecznych kompetentny.

Jeśli zaś idzie o Jerzego Urbana, to już inny problem. Ciągnie się od prawie pięciu lat. 21 kwietnia 1992 roku w czasie audycji telewizyjnej „Dekomunizacja po polsku”, prowadzonej przez panów Szczepana Żaryna i Lecha Jęczmyka, powiedziałem: ten Goebbels stanu wojennego. Możemy sobie wyobrazić, że gdyby to było w Niemczech, gdyby pojawił się tam po wojnie rzeczywisty Goebbels, nie miałby takich możliwości działania, jakie posiada obecnie były rzecznik Jerzy Urban, czyli też minister propagandy. On to wytoczył mi proces, który w pierwszej instancji, w Sądzie Wojewódzkim, po dwóch latach procesowania wygrałem. Sąd wojewódzki pod przewodnictwem pani sędziny Łabarewicz stwierdził, że rzeczywiście porównanie z Goebbelsem było adekwatne, ponieważ Urban spełniał tę samą rolę, co minister propagandy Goebbels, który wychwalał reżim narodowo-socjalistyczny – a Urban: internacjonalistyczno-socjalistyczny. Korzystny dla mnie wyrok został zaskarżony do sądu apelacyjnego w Lublinie, który orzekł, że sprawę należy odesłać do ponownego rozpatrzenia, gdyż użycie przyimka ten w inkryminowanym stwierdzeniu suponuje nie tylko posądzenie Urbana o skuteczność propagandową, ale też o ludobójstwo na wzór hitlerowskiego. Tak więc użyto zawiłości gramatycznych w celu nadinterpretacji i ponownego postawienia mnie przed sądem.

Podczas drugiego przewodu mój obrońca, mec. Walerian Piotrowski, wygłosił znakomite przemówienie, które sprawiło, że Urban na sprawie wykrzyknął: Jestem co najwyżej ćwierćGoebbelsem! Niestety, nawet mimo tego stwierdzenia sąd w jednoosobowym składzie – pani sędzina Joanna Cylc-Malec – orzekł, że Urban nie może być nazywany Goebbelsem i zgodnie z wnioskiem pozywającego mnie adwokata, pana Edwarda Boworowskiego, nakazał mi przeprosić Urbana – w telewizji w czasie największej oglądalności. Nawet, gdyby wyrok był sprawiedliwy, to i tak naruszałby tzw. zasady współżycia społecznego, ponieważ jego dotkliwość przekracza wręcz wyobraźnię, a to dlatego, iż wygłoszenie jednominutowego tekstu w paśmie reklamowym po prognozie pogody kosztuje podobno ponad miliard starych złotych. Ale wyrok nie jest sprawiedliwy – jak to możliwe, że ten człowiek, który tyle razy uwłaczał narodowi i jego najwyższym przedstawicielstwom, może nadal mieć te same względy jak wówczas, gdy trząsł w stanie wojennym środkami masowego przekazu.

W zaistniałej sytuacji muszę oświadczyć, że gotów jestem pójść do więzienia, gdyż jestem niewypłacalny, a multimilioner Urban przecież pożyczki mi nie udzieli, nawet z lichwiarskim procentem. Otrzymałem natomiast mnóstwo listów i telefonicznych zapewnień, że nie będę siedział, bo są chętni, którzy by za mnie poszli do więzienia. Mało tego, są osoby, którym muszę odpisywać, aby nie przysyłały mi przedwcześnie pieniędzy na ewentualne pokrycie kosztów, gdyż wierzę, że znajdzie się w przyszłości skład sędziowski, który wyda sprawiedliwy wyrok. Mec. Piotrowski wniósł już w moim imieniu odwołanie do Sądu Apelacyjnego. Obawiam się jednak, że sąd, który poprzednio odesłał sprawę, może zrobić to i teraz. Ponownie może nastąpić „Piłatowe” umycie rąk. Zresztą, ostatnim razem kuriozalnym aspektem było to, że ogłoszenie wyroku Sądu Wojewódzkiego zajęło mniej więcej tyle czasu, co przerwa na naradę sądu. Były głosy, że wyrok był przygotowany wcześniej, w związku z czym została naruszona procedura. A więc tak jakby moje ostatnie spotkanie z Jerzym Urbanem w Sądzie Wojewódzkim było zbyteczne…

– Pół roku wcześniej zabierał Pan publicznie głos w sprawie sławetnych kieleckich wypowiedzi Eli Wiesela. Proszę to przypomnieć.

– Myślę, że słowa żydowskiego pisarza, laureata Nagrody Nobla, dla większości Polaków były więcej niż policzkiem – były jakby uderzeniem obuchem w głowę. Jak można, będąc człowiekiem zaproszonym i gościnnie przebywającym, żądać od nas, abyśmy najświętsze dla nas, katolików i Polaków, symbole na jego życzenie usunęli z ziemi polskiej? To jest ziemia polska. Oświęcim-Brzezinka leży na naszej ziemi, a w obozach tych spoczywają prochy, owszem – Żydów, ale także katolików-Polaków, chrześcijan-Cyganów czy prawosławnych.

Dziwiłem się, gdy premier Cimoszewicz nie zaprotestował, gdy imputowano, że zgadza się na usunięcie krzyży. Bo trudno przecież uwierzyć, że premier rządu godziłby się na rezygnację z suwerenności i ulegałby takim żądaniom. Sądzę więc, że było to tylko imputowanie, na które przez jakąś swoistą grzeczność premier nie replikował. Oczywiście, wiemy dzisiaj, że opinia publiczna była zaskoczona, osłupiała i oburzona. Zresztą, mogło być jeszcze gorzej, na przykład obecni tam biskupi mogli zejść z trybuny na znak protestu i skandal byłby jeszcze większy.

W związku jednak z tym, że wypowiedź Wiesela nie doczekała się stanowczej repliki w Kielcach, skierowałem do pana doktora Włodzimierza Cimoszewicza apel, aby nie realizował uwłaczającego zasadom naszej wiary i sprzecznego z suwerennością państwa żądania. Tym bardziej, iż prasa donosiła, jakoby minister Miller był gotów negocjować kwestię eksterytorialności Oświęcimia. Do czego więc może dojść? Najpierw eksterytorialność Oświęcimia, później Majdanka, Bełżca, Sobiboru, Treblinki i innych obozów, w których ginęli z rąk narodowych socjalistów i Żydzi, i Polacy. Co będzie z naszą suwerennością? Co się stanie z naszym krajem? Czy ulegnie nowemu rozbiciu dzielnicowemu?

– Znana jest Pańska życzliwość wobec Radia Maryja, którą wykazywał Pan jeszcze podczas kadencji przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a obecnie wykazuje Pan jako przewodniczący Stowarzyszenia Obrony Radiosłuchacza i Telewidza. Jak ocenia Pan dzisiejszy stosunek większości nadającej ton Krajowej Radzie do postulatów Radia Maryja o większą ilość nadajników i częstotliwości dla tej rozgłośni?

– Życzliwość to nie tylko moja, ale także innych osób z Krajowej Rady – w ówczesnym składzie obok mnie także sen. Jana Szafrańca, a obecnie byłego przewodniczącego Marka Jurka i tegoż dr. Jana Szafrańca, a także niejednego z pracowników biura Rady.

Tak się złożyło, że byłem kroplą, która przelewa brzegi czary, ponieważ jako przewodniczący własnoręcznie złożyłem podpis pod koncesją dla Radia Maryja. Tylko, że jednocześnie zostałem oszukany, razem z ojcami Redemptorystami, gdyż decyzja uzgodniona wieczorem w przeddzień podpisania koncesji mówiła o 67. częstotliwościach, a podczas uroczystości wręczenia koncesji w jej oryginale pojawiło się tylko 60 częstotliwości. Tłumaczono mi później, że to pomyłka biurokratyczna, ja uważam to po prostu za oszustwo. Zresztą, członkowie Rady o proweniencji liberalnej zapewniali mnie, że są zwolennikami docelowej sieci nadajników Radia Maryja analogicznej do dwóch rozgłośni laickich: RMF i „Zet”. Zapewniali, że – podobnie jak te dwie – radio katolickie obejmie z grubsza 80% powierzchni kraju i nie będzie ani uprzywilejowane, ani dyskryminowane wobec kogokolwiek.

Mamy tymczasem rok 1997 i nic takiego się nie stało. Rozgłośnie laickie pokrywają ogromną połać terytorium kraju, otrzymują częstotliwości i moce nadajników jakie zapragną, natomiast Radio Maryja nadal jest daleko od tego, aby zbliżyło się do tych 80% zasięgu krajowego (jest nieobecne w 22. miastach wojewódzkich). Ale przede wszystkim uzyskało małe moce nadajników, niejednokrotnie zaledwie po sto watów. Częstotliwości rozrzucone są po peryferiach, nie sięgają metropolii, gdzie słychać głównie radia komercyjne. Radio Maryja nie jest traktowane jako równoważny partner, lecz jest dyskryminowane, o czym świadczą fakty – zwłaszcza teraz, gdy jest problem Śląska. Polski i katolicki Śląsk pozbawiony jest możliwości słuchania, oficjalnie przecież ogólnopolskiego, Radia Maryja. Tam z kolei, gdzie Radio Maryja jest osiągalne, ma zwykle jedną częstotliwość o malej mocy i poza centrum aglomeracji, a RMF i „Zet” miewają po dwie górne i dolne częstotliwości.

W związku z tym, że to musi się zmienić wystosowałem na początku stycznia pismo do p. Bolesława Sulika, obecnego przewodniczącego Krajowej Rady. Przypomniałem tam zapewnienie dane Radiu Maryja przy otrzymywaniu przezeń pierwotnej koncesji. Zapewnienie to dotąd nie zostało zrealizowane. Nie chciałbym uchodzić za kłamcę, choć ja nie ponoszę już odpowiedzialności za decyzje Krajowej Rady, ale byłoby mi przykro, gdyby za kłamców uchodzili członkowie Rady, którzy kiedyś przyrzekali rozwinięcie koncesji radia Maryja. A taka opinia będzie uzasadniona, jeśli Radio Maryja nie uzyska obiecanych częstotliwości, a zwłaszcza jeżeli będzie doprowadzone do sytuacji specyficznej, że Śląsk mu zostanie de facto odebrany. Radio Maryja bez Śląska – jest to coś wręcz kuriozalnego, radio kadłubowe, parodia ogólnopolskiego.

– Jest Pan czynnym uczestnikiem życia publicznego. Wydaje się, że najbliższy rok przyniesie zwycięstwo wyborcze polskiej prawicy. Co powinna ona zrobić, aby nie stracić szansy na zwycięstwo?

– W moim przekonaniu powinna, zabrzmi to paradoksalnie, brać przykład z lewicy. Lewica postawiła sobie jako kardynalną zasadę, że nie ma wroga po jej stronie. W związku z tym w Sojuszu Lewicy Demokratycznej są najrozmaitsze ugrupowania – nie tylko SdRP, ale też związki zawodowe i Związek Nauczycielstwa Polskiego oraz Związek Komunistów „Proletariat” i Niezależna Inicjatywa Europejska, związana z rynsztokowym pismem „Nie” Jerzego Urbana. Są oni bardzo zwarci i można z nich brać przykład, choć naturalnie unikając ekstremizmów, będących antytezą Urbana.

Jest jednak możliwe, że to, co przyzwoite w życiu publicznym po stronie niekomunistycznej i nielewicowej, może się łączyć. Szkoda, że do tej pory idziemy dwoma nurtami. Mówię wyraźnie, że dwoma, a nie trzema, a to z tej przyczyny, że Unii Wolności nie udałoby się wchłonąć, bo to jest coś, co stanowi obce ciało dla kierunku prawicowego. Przecież kieruje nimi człowiek, który – nim objął funkcję wicepremiera – był adiunktem w Instytucie Badań Podstaw Marksizmu i Leninizmu, mając oczywiście czerwoną legitymację. U jego boku stoi Marcin Święcicki, obecny prezydent Warszawy, a w przeszłości sekretarz Komitetu Centralnego PZPR. Zaś droga życiowa unijnego kandydata na prezydenta jest dosyć dobrze znana. Tak więc choćby momenty personalne wskazują na istotne różnice, ale głównie chodzi o kwestie ideowo-programowe. W Unii jest wielu ludzi indyferentnych religijnie i sceptycznych wobec tradycji narodowej, którą niekiedy określają wręcz jako szkodliwą. Oni chcą być obywatelami Europy, świata, a później pewnie i kosmosu… Więc dla kierunku prawicowego, który tożsamość narodową respektuje w granicach możliwie pełnych, łączenie się z Unią jest właściwie wykluczone.

Idzie mi jednak o pozostałe nurty, o których wiemy, że są tymczasem dwa. Bardzo się cieszę z uporządkowania szerokiego nurtu wewnątrz Akcji Wyborczej Solidarność, co wygląda nie tyle na cud nad Wisłą, ile na cud nad Bałtykiem. Chwała panu Marianowi Krzaklewskiemu, że znalazł się ktoś, kto jak dyrygent dużej klasy potrafił stworzyć zespół grający wspólną muzykę, a nie zgrzytającą kakofonię. Pamiętajmy o tym, że w jedności siła.

Gdyby udało się doprowadzić do maksymalnie bliskiego współdziałania z Ruchem Odbudowy Polski, sytuacja byłaby jeszcze lepsza. ROP jest przecież drugą największą siłą, w której skupione są – wbrew przypuszczeniom – także różne nurty, choć może bardziej zunifikowane. Jest nurt niepodległościowy, o niezupełnie prawicowej proweniencji, jest nurt chrześcijańsko-społeczny (znam ludzi ogromnie zasłużonych dla chadecji polskiej i światowej, którzy tam są), jest wreszcie nurt narodowy. I chwała także dla mecenasa Jana Olszewskiego, że te pluralistyczne środowiska potrafił uczynić tak zwartymi. Ważne jest to, że ROP – jak żaden inny nurt polityczny – uzyskał w odbiorze społecznym opinię najbardziej zdecydowanego w działaniu przeciw dominacji komunistycznej. Przecież Jan Olszewski był obalony przez dzisiejszych koalicjantów i ma wyraźny odbiór antykomunistyczny. Jeśli więc może być zbyt późno na współdziałanie w wyborach sejmowych, to do Senatu winniśmy iść bezwzględnie razem.

Senat jest ważną instytucją, miarkującą często zbyt pochopne decyzje Sejmu. Byłem w poprzedniej kadencji senatorem i uważam, że lepiej by było, żeby – jak poprzednio – senatorów SLD było tylko czterech, albo i mniej. Tak więc spróbujmy porozumieć się teraz, aby nie było za późno.

– Jakie miejsce przewiduje Pan dla siebie w zbliżającej się kampanii wyborczej?

– To jeszcze trudno powiedzieć. Będąc senatorem poprzedniej kadencji wszedłem w specyfikę senacką, przewodniczyłem w Senacie klubowi, wchodziłem w skład Konwentu Seniorów, reprezentowałem Senat RP w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu, gdzie byłem wybrany wiceprzewodniczącym Klubu Konserwatystów. Słyszę różne głosy, żeby wrócić do działalności parlamentarnej (tylko rodzina ma inne zdanie ze względu na ogrom czasu pochłaniany przez politykę). Tym bardziej, że w poprzednich wyborach, które były przecież ogólnopolską klęską prawicy, tutaj w Lublinie byłem trzeci spośród piętnastu kandydatów, uzyskując 61 tysięcy głosów. W związku z tym moje rodzime środowisko, czyli liczący ponad siedmiuset członków (więcej niż większość partii w Lublinie), Klub Inteligencji Katolickiej już desygnował mnie do startu wyborczego z jego poparciem. Tak jak cztery lata temu. Jeśli teraz uzyskam wsparcie AWS i, daj Boże, także ROP, to uważam, że jest szansa, aby nie oddać żadnego miejsca senackiego w Lublinie lewicy. Uważam, że poprzez współpracę AWS i ROP można przeforsować w lubelskiem dwóch kandydatów do Senatu. Taką sytuację tutaj dostrzegam.

– Życzę więc powodzenia w zbliżających się wyborach parlamentarnych.

Rozmawiał:
Stanisław Kożuchowski

——————–
prof. dr hab. Ryszard Bender
Urodzony w 1932 r. w Łomży. Historyk, wykładowca na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Autor ponad 300. artykułów i recenzji w periodykach historycznych oraz wielu prac z zakresu historii Polski i powszechnej XIX i XX wieku. Profesor zwyczajny od 1985 r., Radny Miejskiej Rady Narodowej w Lublinie w latach 1973-77, poseł na Sejm PRL w okresie 1976-80, 1985-89, senator RP II kadencji (przew. Klubu Parlamentarnego ZChN – 1990-92), wiceprzewodniczący Europejskiej Grupy Demokratycznej w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu w okresie 1992-93. Były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Od 1995 r. przewodniczący Stowarzyszenia Obrony Radiosłuchacza i Telewidza. Żonaty, troje dzieci.