„Tygodnik Wschodni” nr 5, 1 – 7 lutego 1990 Polacy dosyć mają wszelkiego socjalizmu
Z PUBLIKACJI
Rozmowa z prof. Ryszardem Benderem, wiceprezesem Tymczasowego Zarządu Głównego Stronnictwa Pracy.
– Reaktywowanie Stronnictwa Pracy 12 lutego 1989 roku spotkało się z zarzutem, że ta inicjatywa rozbija jedność opozycji. Obie strony przygotowujące „okrągły stół” – rządowa i solidarnościowa – zbyły ten fakt milczeniem, a społeczeństwo też nie mogło się niczego dowiedzieć, wszak zastosowano cenzuralną blokadę informacyjną o SP. Wówczas ogłosił pan istnienie Stronnictwa z trybuny sejmowej. Inni, choćby PPS, nie mieli wówczas tak niesprzyjających okoliczności na starcie w nowych realiach.
– Przypomnijmy, że Stronnictwo Pracy nigdy nie zostało rozwiązane, jedynie w lipcu 1946 roku dokonało samozawieszenia działalności do czasu zaistnienia w kraju normalnych warunków dla funkcjonowania partii politycznych. Z początkiem 1989 roku jedenastu członków władz tamtego SP uznało, że takie warunki już istnieją i wspólnie z młodszymi, którym przekazali swoją sukcesję, powołali Tymczasowy Zarząd Stronnictwa z mecenasem Władysławem Siłą-Nowickim jako prezesem.
Pojawienie się SP wywołało ogromne zamieszanie, gdyż dekomponowało układ: władza i jednolita opozycja. Gdy cenzura zabroniła publikacji o SP, interpelowałem w Sejmie u pana Rakowskiego. „Niech się pan czepia innego, mnie cenzura nie podlega” – odpowiedział. Szef kancelarii Sejmu, pan Wirowski, odpowiedział z kolei, że regulamin nie przewiduje interpelacji do przewodniczącego Rady Państwa, któremu podlega cenzura, więc chyba nic z tego nie wyjdzie. Wobec tego – skoro nie ma adresata interpelacji – odczytałem ją w Sejmie wszystkim posłom. Uważałem, że to dobrze, iż cenzura nie skreśla Jana Józefa Lipskiego i PPS, ale i nas nie powinna kreślić. Zapis zdjęto przed samymi wyborami, a tygodnik „Ład” mógł opublikować tę wiadomość po wielu tygodniach.
– Dla znacznej części społeczeństwa obecność chadecji na arenie politycznej i parlamentarnej byłaby czymś nie tylko naturalnym, ale koniecznym. Tymczasem udział chrześcijańskiej demokracji przy „okrągłym stole”, a także w wyborach 4 czerwca, wymagał wielu nabiegów i starań. Ani pan profesor, ani żaden z kandydatów chadecji ale uzyskał wystarczającego poparcia. Wyborcy nie zawierzyli chadecji, która mogła liczyć na więcej, zważając ma jej polskie tradycje i poparcie Kościoła.
– Istotnie tak było, ale sprawę należy wnikliwie przeanalizować. Były to wybory większościowe, a nie proporcjonalne, stąd stwierdzenie, że wyborcy nam nie zawierzyli, nie jest w pełni adekwatne. Zachodnioniemiecka FDP ma poparcie 8-9 proc. elektoratu i to jej wystarcza, by pełnić ważną rolę w parlamencie jako trzecia siła, której brak u nas. W wyborach 4 czerwca uzyskanie nawet 49 proc. głosów nie gwarantowało przejścia. Poza tym były to wybory kurialne, znane z dawnej Galicji. Każda kuria wybierała swojego człowieka, przy czym było wiadomo, że każdy wybrany przechodził automatycznie. Podobnie było w ostatnich wyborach. Kuria największa, czyli bezpartyjni, miała najmniej mandatów. Jak w kuriach, gdzie głosowano na wskazanego przez hrabiego, tak tutaj głosowano na tych, których wskazał pan Wałęsa, przy czym musiał się on liczyć z tym, co zdecydowano w Komitecie Obywatelskim.
Cóż to za wybory, skoro wiadomo, ile osób określonej barwy znajduje miejsca w parlamencie? To była raczej konwencja sił, które porozumiały się przy „okrągłym stole”, z pominięciem tych sił, których do stołu nie poproszono. Żadna z nich, oprócz wspomnianej PPS, którą wskazał Komitet Obywatelski, nie liczyła się w tej grze. Nastąpił paradoks, że siły, które są bliskie większości społeczeństwa, mandatów nie uzyskały. Przypadły one natomiast blokowi lewicy, co do której społeczeństwo ma wiele uprzedzeń. Absolutnym paradoksem jest to, że najbardziej antybolszewicka KPN z panem Moczulskim też mandatu nie zdobyła.
Wydaje mi się, że ogół społeczeństwa nie znał niuansów, kulis i ustaleń, głosując na listę Komitetu Obywatelskiego. Przy „okrągłym stole” zdecydowano, że ma być tylko dychotomia, przeciwko czemu protestowałem na forum Sejmu. Powiedziałem, że w takiej sytuacji zamiast monowładzy mamy monopol władzy i monopol opozycji. Tak być nie powinno, gdyż opozycja musi mieć wiele twarzy, a pluralizm w opozycji warunkuje istnienie demokracji.
– Wprowadzenie do obiegu politycznego, do świadomości opinii publicznej faktu istnienia chrześcijańskiej demokracji było jednakże istotnym sukcesem tej konfrontacji. Wielu uważało wprawdzie, że najbardziej im po drodze w tzw. lewicą laicką, bo ci panowie, jako byli komuniści, najlepiej znają technikę i taktykę walki politycznej.
– Tak, to istotne osiągnięcie, że weszliśmy w publiczny obieg. Lewica laicka w „Solidarności” walczyła o to, by nikt spoza jej kręgu nie znalazł się na listach Komitetu Obywatelskiego. Wówczas odzywały się głosy, że to błąd, że Komitet, powinien być matką różnych ugrupowań opozycyjnych. Pogląd taki wyrażał podobno również obecny premier – pan Tadeusz Mazowiecki. Ale tam dominowali ludzie o poglądach lewicowych, stąd można zrozumieć ich sympatię do PPS, która stała się bliższa Komitetowi Obywatelskiemu niż chadecja, KPN czy, grupy narodowe. Pominięto też PSL, ograniczając się do „Solidarności” RI.
Stanęliśmy wobec kwestii: rezygnujemy czy idziemy sami? Aleksander Hall zdystansował się od Komitetu, zgłosił protest, którego zresztą nikt mu nie chciał wydrukować. My natomiast zdecydowaliśmy się iść do wyborów osobną grupą, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że w wyborach większościowych nie mamy szans. Społeczeństwo głosowało bowiem na liternictwo, na grupę, której symbolem jest Lech Wałęsa, a który to znak Komitet Obywatelski przypisał sobie, Lech Wałęsa wyraził na to zgodę, bo uznał widocznie, że tak będzie najlepiej.
To prawda, że głoszono przekonanie, że ci panowie najlepiej znają technikę walki politycznej i ludzie w to uwierzyli. Część nawet z wewnętrznym niesmakiem uważała, że trzeba właśnie głosować na tamtych. Mec. Siła-Nowicki przegrał z Kuroniem, który nigdy nie ukrywał swych lewicowych przekonań, byłym prominentem partyjnym z czasów, gdy mecenas Nowicki przebywał w więzieniu za przekonania polityczne.
– A na chadeckim Śląsku, gdzie lider SP. Korfanty, głosił idee chrześcijańsko-społeczne, K. Świtoń przegrał z A. Michnikiem…
– …też byłym członkiem PZPR, człowiekiem, który z chrześcijańską ideą społeczną nie ma nic wspólnego. Ja w Lublinie miałem 15 proc. głosów, mec. Siła-Nowicki 20 proc., czyli więcej niż chadecy mieli przed wojną. Udało się uzyskać tamten poziom elektoratu i to mimo ataku, jaki na nas przypuszczono. A przecież kandydat z KPN czy SP byłby tak samo z opozycji, jak ten z Komitetu Obywatelskiego. Wówczas zaistniałaby możliwość gry na różnych instrumentach.
– To przecież trudna rzeczywistość wymusiła kontrakt, który z góry ustalił wyniki głosowania 35 proc. „dla nas” i 65 proc. „dla nich”, choć prawdą jest, że zwycięstwo wyborcze, osiągnięte dzięki znakowi „S” i rekomendacji Lecha Wałęsy, nie wywołało entuzjazmu społecznego.
– Tłumy nie wiwatowały na ulicach, gdyż rozumiano dobrze, że jesteśmy na początku drogi, a wybory nie były demokratyczne. Przypomina mi się sytuacja z epoki poprzedzającej powstanie styczniowe, gdy na propozycję reform margrabiego Wielopolskiego, w tym wyborów do rad miejskich i państwowych, odpowiadano: „Brać, ale nie kwitować”. W konsekwencji takiej postawy pojawiła się apatia polityczna, którą przerwał powstańczy zryw.
Dzisiaj – sytuacja analogiczna. Marazm polityczny i awersja społeczeństwa jest niepokojącym faktem. Nikt precyzyjnie nie odgadnie, czym to może się skończyć. Społeczeństwo oczekuje na normalne życie polityczne w kraju, naród oczekuje w milczeniu, wiedząc, że mu się więcej należy niż to, co otrzymał po 4 czerwca. Udział zaledwie 14. proc. obywateli w wyborach uzupełniających w Piotrkowie wiele mówi. Komuniści i ich do niedawna satelici mają większość w Sejmie, wiele znaczą w rządzie, a jeszcze więcej w administracji terenowej. Rząd się do nich uśmiecha, celebruje poprawność, zwalcza siłą antykomunistyczne demonstracje, chociażby 13 grudnia w rocznicę stanu wojennego, i zdaniem wielu tak, jak to czynili „Oni”. To, co dzieje się teraz, ciągle pogłębia apatię społeczeństwa.
– Słyszy się opinie, że zmiany dokonujące się w krajach uważanych dotąd za ortodoksyjnie komunistyczne wyprzedzają proces przemian politycznych u nas.
– Trzeba powiedzieć wyraźnie, że w obliczu zmian zachodzących w szybkim tempie w naszej części Europy, tajne, nie znane ogółowi ustalenia z Magdalenki, spisane przy „okrągłym stole”, uległy już erozji.
Węgrzy dawno pozbyli się cudacznej nazwy „WRL”, my dopiero tuż przed Nowym Rokiem porzuciliśmy „PRL”, w Czechosłowacji i NRD jedną uchwałą parlamentu wymieciono artykuły konstytucji mówiące o przewodniej roli partii komunistycznej. Przygotowujemy same projekty – nawet ciekawe – gospodarcze, polityczne, ale – tylko projekty. Mówi się o wyborach samorządowych, a w odległą przyszłość odkłada się sprawę demokratycznych wyborów parlamentarnych. Odbywa się to na zasadzie: niech teren, doły posmakują demokracji, a góra w Warszawie pozostanie bez zmian przez cztery lata, może i dłużej. Czesi, Niemcy z NRD, Rumuni po obaleniu Ceausescu, będą mieli demokratyczne wybory już w tym roku. Można i należy przyspieszyć wybory parlamentarne u nas. Dlaczego nie można byłoby połączyć wyborów do rad narodowych z nowymi demokratycznymi wyborami do Sejmu i Senatu już jesienią?
Senator Jarosław Kaczyński w wypowiedzi telewizyjnej nie wykluczył takiej ewentualności w 1991 roku, ale czy musimy ciągle czekać, pozostając w tyle za krajami ościennymi? Nie bądźmy głusi i nie lekceważmy sygnałów społecznych.
– O ile społeczeństwo zbyt długo pozostawać będzie w apatii, tym bardziej prawdopodobne staną się działania ekstremalne.
– Oczywiście. Akcja KPN zajmowania lokali PRON i Komitetów Wojewódzkich PZPR potwierdza to. Ten marazm zaktywizuje inne radykalne ugrupowania, wyłoni nowe i chociaż dziś wiele osób patrzy na nie z przymrużeniem oka, mogą one złapać „wiatr w żagle” i szybko zyskać znaczne poparcie społeczne. Ugrupowania te nie są reprezentowane w parlamencie, tym łatwiej więc będą oddziaływać na obywateli dziś już mocno znudzonych gadulstwem w Sejmie i Senacie oraz niezrozumiałymi dla ogółu kombinacjami politycznymi z dawną ekipą władzy.
Nie wolno uprawiać strusiej polityki, zamykać oczu i nie dostrzegać głosów dopominających się oczyszczenia atmosfery politycznej. Gładkie zdania pani rzecznik jakże często tchną pustosłowiem, dając w odbiorze społecznym skutek nie lepszy od pokrętnej sofistyki Jerzego Urbana.
Cieszy nas znaczny już zakres wolności, brak jednak demokracji opartej na pluralizmie politycznym. Nadal utrzymuje się dualizm władzy, oparty o tzw. reformatorów z PZPR i lewicę polityczną, która przywarła do „Solidarności”. Sprzeciwiamy się monopolowi politycznemu, gdyż nie zapewni on nigdy demokracji, opowiadamy się za wielością partii w życiu publicznym i parlamencie. Dzisiaj w Sejmie i Senacie wszystkie ugrupowania tworzą rząd, wszystkie są prorządowe, a opozycja parlamentarna nie istnieje. Jest to sytuacja kuriozalna, nieznana w żadnym parlamencie Europy.
– A w kraju trwa ideowy kryzys. Polaków razi ekonomiczna niepewność jutra. Jedni w dyskusjach odwołują się do kapitalizmu, inni nie chcą porzucić formuły państwa opiekuńczego. Przeciwnicy chadecji twierdzą, że jej obecność polityczna to jeszcze większy bałagan polityczny i ekonomiczny.
– Program chadecji, odwołujący się do nauczania społecznego Kościoła, choć leciwy w wielu punktach, jest aktualny po dzień dzisiejszy. Gospodarka rynkowa – tak, ale nie w postaci uderzającej w społeczeństwo, więc z ingerencją państwa. W programie SP uwzględnia się rację pracy rodzinnej, akcjonariat pracowniczy, ideę solidaryzmu społecznego, a nie walki klas, uwłaszczenie pracy. Odwołujemy się do niezmiennych zasad katolickiej nauki społecznej, które staramy się aktualizować przez ogląd bieżącej rzeczywistości.
Nie jest to zadanie łatwe, ale konieczne. Będziemy o tym mówić na Kongresie SP, który przewidujemy na wiosnę tego roku. Myślę, że choćby zasada pomocniczości, sformułowana przez Piusa XI w encyklice „Quadragesimo anno”, może odnaleźć dzisiaj swoje szersze zastosowanie. Chrześcijański personalizm i solidaryzm społeczny leży u podstaw naszej obecności i zachowań politycznych.
– Ale przecież do nauczania społecznego Kościoła odwołują się inne ugrupowania, nawet „Ruch 8 lipca”.
– Nam to nie przeszkadza. Nietrudno jednak zauważyć, że czynią to w sposób selektywny. Opowiadamy się za integralnym widzeniem katolickiej nauki społecznej, nie zabiegamy tu o monopol, i tę integralność będziemy starać się wykazywać, dążyć do zbieżności interesów wszystkich w duchu solidaryzmu społecznego.
Z epoki postkomunistycznej na pewno nie wyprowadzi nas socjaldemokracja, która eksponuje rolę państwa-bożyszcza i dla komunistów i dla socjalistów. Tylko w programach demokratycznych państwo jest narzędziem narodu, ale nigdy „dobrem najwyższym”.
Niech zaistnieje u nas kapitalizm, ale nie ten XIX-wieczny, pazerny i zaborczy, od którego Europa już odeszła. Nie możemy go restytuować, gdyż będziemy anachroniczni. A taki nam zagraża. Świadczą o tym gospodarcze eksperymenty których naród nie wytrzyma; rosną fortuny spółek, z drugiej strony mamy Kuroniowe „bieda-zupki”. Trwa monopol producenta i dystrybutora. Oba ułatwiają żerowanie neo-kapitalistów, często o partyjnej proweniencji. Brakuje u nas nadal prężnego „stanu trzeciego”, a państwo winno odejść od drobnej i średniej produkcji, wyprowadzając ją ze sfery budżetowej. Państwo może i powinno utrzymać się z podatków i nimi ograniczać nadmierne zyski prywatnego przemysłu i handlu.
Od 1 stycznia br. prawem wsparta inflacja stanie się hiperinflacją, a druk banknotów 500-tysięcznych i milionowych sprawy nie załatwi. Naród wycieńczony hiperinflacją zmiecie każdy rząd, który nie potrafi społeczeństwa od niej uwolnić. Idzie więc o kapitalizm uspołeczniony, a nie niczym nie ograniczony. Kraje Europy Zachodniej po II wojnie ku demokracji i odbudowie gospodarczej powiodła chadecja. Daj Boże nam taki bałagan z tą samą gospodarczą prosperity co w Italii…
– Czy hasła demokratyzacji życia w Polsce w rodzaju „socjalizm z ludzką twarzą” mają szanse powodzenia?
– Demokracji nie zapewni coraz wyraźniej pojawiająca się perspektywa sojuszu laickiej lewicy z tzw. reformatorskim skrzydłem rozpadającej się PZPR. Reprezentanci tej lewicy, dziś liderzy polityczni licznych rzesz katolików skupionych w „S”, rekrutują się w większości z dawnych szeregów partyjnych, które przed laty opuścili, pozostając nadal w większości zwolennikami socjalizmu. Teraz chcą go uczynić demokratycznym! O ile ten sojusz zaistnieje – koniec marzeń o demokracji! Zmieniwszy poglądy z komunistycznych na tzw. socjaldemokratyczne, utrzymają, stojąc u steru rządu, dawne autorytarne metody działania.
Polacy mają dosyć wszelkiego socjalizmu, a w jego „ludzką twarz” nie wierzą nawet, gdy będzie go zachwalał A. Michnik wespół z A. Kwaśniewskim. Dziś ze zdumieniem wielu ludzi przeciera oczy, czytając stwierdzenie Michnika w „Nowych Wremiach”, że „tylko ślepiec może nie dostrzec komunistów wśród zwolenników reform”. A przecież jeszcze niedawno słyszeliśmy, że komunizm jest niereformowalny! Ta nagła zmiana niepokoi i zastanawia. Sentymenty dawnych komunistów względem obecnych, już dzisiaj mają ułatwić przebranie ich jutro w socjaldemokratyczne kostiumy. To więcej niż pewne, że po Mazowieckim lub jego następcy, o ile społeczeństwo na czas tego nie dostrzeże i nie oprzytomnieje, ludzie partii lewicy „S” i „reformatorów” z byłej PZPR przejmą rządy. Będą dysponowali wyrobioną kadrą, zasobami materialnymi i znakiem „S”, który dla nich tylko zostanie nadal zastrzeżony.
– A więc każda demokracja, byle bez dodatków „socjalistyczna” czy „socjaldemokratyczna”?
– Tak, jest dzisiaj dla Polaka do przyjęcia. Ta ostatnia, już przez pierwszy człon, chce demokrację pomniejszać. Socjaldemokracja nie zapewni u nas rzeczywistej demokracji i z tego względu, że współtworzyć ją będą komuniści. Wytworzy tylko nowy, silny monopol władzy. A ten już wielu zraził, choćby w 1989 roku przez działania Komitetu Obywatelskiego, utożsamiającego opozycję ze swoim gronem. 40-procentowa absencja w wyborach czerwcowych wiele mówi.
Ów monopol sprawił, że dziś nie ma w Sejmie i Senacie osób, które już od 1956 roku, a nawet wcześniej, były w opozycji. W obu Izbach po stronie Komitetu Obywatelskiego około połowa składu to byli towarzysze partyjni, a wśród bezpartyjnych znaleźli się tacy, którzy w dawnym Sejmie popierali równie gromko rząd Piotra Jaroszewicza, jak obecnie Tadeusza Mazowieckiego. Czy można to zjawisko uznać za normalne?
Gdyby nie monopolistyczne tendencje Komitetu Obywatelskiego, z powodzeniem mogli znaleźć się w parlamencie, obok Kuronia także Siła-Nowicki, obok Michnika także Świtoń. Nic nie straciłby ze swego prestiżu parlament, gdyby zasiadali tam Moczulski czy Korwin-Mikke. Proszę zwrócić uwagę, ileż zyskał rząd Mazowieckiego poprzez fakt udziału w nim prof. Krzysztofa Skubiszewskiego. A przecież nie wywodzi się on ani z familii, ani z dworu, ani ze świty.
– „Dzieci monopolu robią monopol” – powiedział Lech Wałęsa…
– Ostrzeżenia Wałęsy są wymowne. Gdyby monopol PZPR został zastąpiony monopolem partii lewicowej, socjaldemokratycznej, wykorzystującej symbol „S”, będący przecież własnością całego narodu to niezbędną byłoby rzeczą, by dla równowagi powstała silna i zwarta chrześcijańska partia robotnicza. Jej przywódcą może być Polak, z którym chrześcijańska opozycja i symbol „S” w odbiorze społecznym wiążą się najsilniej.
– Dziękuję za rozmowę.
Lublin, 2.01.1990.
Rozmawiał: Edward Balawajder