„Tygodnik Solidarność” nr 10, 9 marca 1990 Przyszłość – ale jaka?
Z PUBLIKACJI
Przypomina się sytuacja z epoki poprzedzającej powstanie styczniowe, gdy na propozycję reform margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, w tym wyborów do rad miejskich i powiatowych odpowiadano – „brać, ale nie kwitować”.
Konsekwencją takiej postawy była apatia polityczna, którą przerwał zryw powstańczy w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku. Dziś sytuacja jest analogiczna, marazm polityczny społeczeństwa widoczny jest jak na dłoni. Czym się on może zakończyć? Nikt tego precyzyjnie nie odgadnie.
Różne wiatry wieją ze wschodu i zachodu, ostatnio też z południa. Jedno można wyczuć, społeczeństwo oczekuje na normalne w Polsce życie polityczne, takie jak w wolnym świecie, które zna z autopsji, z wyjazdów na Zachód, najczęściej za chlebem. Naród czeka milcząc. Wie, że mu się więcej należy niż to, co otrzymał po 4 czerwca. Komuniści i ich niedawni satelici mają większość w sejmie, znaczą wiele w rządzie, jeszcze więcej w administracji terenowej. Rząd się do nich uśmiecha, celebruje poprawność. To, co się obecnie dzieje, pogłębia apatię polityczną, bo wszystko to już było. Pozostajemy w tyle z naszym kontraktem zawartym w Magdalence i przy „okrągłym stole”.
Wyraźnie powiedzmy narodowi, w obliczu zmian zachodzących w szybkim tempie w naszej części Europy, że tajne, nieznane ogółowi ustalenia z Magdalenki i spisane przy „okrągłym stole” uległy już erozji. Nie bądźmy głusi, w czasie demonstracji ulicznych słychać hasła: Magdalenka – Targowica! Nie wolno tych sygnałów lekceważyć. Czy ktoś z posłów zwróci w tej materii rządowi uwagę? Czesi, Niemcy w NRD, Rumuni po obaleniu Ceausescu będą mieli demokratyczne wybory już w tym roku. Można i należy przyspieszyć wybory parlamentarne w naszym kraju. Jedynie senator Jarosław Kaczyński w wypowiedzi telewizyjnej nie wykluczył takiej ewentualności w 1991 r. Czy musimy czekać tak długo? Pozostawać w tyle za krajami ościennymi? A dlaczego nie można byłoby połączyć wyborów do rad narodowych z nowymi, demokratycznymi wyborami do sejmu i senatu? Jesienią mogłyby się odbyć jedne i drugie. W NRD Niemcy będą mieli wolne wybory już 6 maja. Jak my wtedy będziemy wyglądać!
Gdy pozwolimy społeczeństwu pozostawać zbyt długo w apatii politycznej, wówczas wszelkie ekstremalne działania okażą się możliwe. Potwierdziła to w końcu października ub.r. roku udana akcja KPN zajmowania lokali PRON i Komitetów Wojewódzkich PZPR. Tworzony pod auspicjami KPN Związek Strzelecki nie pozostanie w przyszłości bezczynny. Trwający długo marazm polityczny zaktywizuje inne radykalne ugrupowania, wyłoni nowe. Wystąpią one zdecydowanie i ostro przeciw współczesnym „millenerom”, wyczekującym pełnej niepodległości Polski… za tysiąc lat. I chociaż dziś wiele osób na te grupy patrzy z przymrużeniem oka, mogą one wziąć „wiatr w żagle” i zyskać niebawem szersze poparcie społeczne, stać się znaczącą siłą polityczną w kraju. Ugrupowania te nie są reprezentowane w parlamencie, tym łatwiej więc będą oddziaływać na obywateli, już dziś znudzonych w znacznym stopniu gadulstwem w sejmie i senacie i niezrozumiałymi dla ogółu kombinacjami politycznymi przeprowadzanymi tam z dawną ekipą władzy.
Na ulicy, w tramwajach, autobusach, w kolejkach sklepowych słyszy się rzeczy straszne. Rozgoryczenie dotyczące spraw politycznych, a w szczególności ekonomicznych, sprawia, że padają słowa, iż krew musi popłynąć, by oczyścić atmosferę. Przerażające! Tym bardziej nie wolno uprawiać strusiej polityki, zamykać oczu, udawać, że się nie dostrzega, iż ziemia ugina się, wróżąc wstrząsy. Mamy już znaczny zakres wolności, brak nam demokracji opartej na pluralizmie politycznym, utrzymuje się nadal dualizm władzy oparty na tzw. reformatorach z PZPR i lewicy politycznej, która przywarła do Solidarności. Należy uczynić wszystko, by przejść możliwie szybko i bezboleśnie ku demokracji. Wtedy i o sukcesy gospodarcze będzie łatwiej.
Demokracji nie zapewni w katolickiej Polsce rysująca się coraz wyraziściej perspektywa sojuszu koniunkturalnych uciekinierów z PZPR oraz laickiej lewicy politycznej, bardzo aktywnej obecnie, legitymującej się eksponowaną pozycją w Solidarności. Reprezentanci tej lewicy, dziś liderzy polityczni licznych rzesz katolików skupionych w Solidarności, to ewenement nie spotykany nigdzie w Europie. Rekrutują się oni w większości z dawnych szeregów partyjnych, które przed laty opuścili, pozostając nadal prawie wszyscy zwolennikami socjalizmu, który, o naiwności! chcą uczynić demokratycznym. Ich marzeniem jest sojusz z tzw. reformatorskim skrzydłem byłej PZPR. O ile ten sojusz zaistnieje – koniec marzeń o demokracji. Zmieniwszy nawet poglądy z komunistycznych na tzw. socjaldemokratyczne, utrzymają ci ludzie, stojąc u steru rządu, dawne autorytarne metody działania. Wyeksponują rolę państwa, które jest bożyszczem i dla komunistów, i dla socjalistów. Tylko w programach demokratycznych państwo stanowi narzędzie narodu, nigdy nie jest „dobrem najwyższym”. A że po Mazowieckim lub jego następcy przejmą rządy (jeśli naród na czas nie oprzytomnieje) ludzie partii lewicy Solidarności i „reformatorów” z byłej PZPR – to więcej niż pewne. Oni bowiem będą dysponowali wyrobioną kadrą, zasobami materialnymi i znakiem Solidarność, który sobie zarezerwują, a innych od niego odsądzą.
Inna sprawa, że ich hasło „socjalizm z ludzką twarzą” na dłuższą metę się nie utrzyma. Polacy bowiem mają wszelkiego socjalizmu dosyć, a w jego ludzką twarz po prostu nie uwierzą nawet, gdy będzie go zachwalał Adam Michnik do spółki z Aleksandrem Kwaśniewskim. Ale przez pewien czas zamęt polityczny w Polsce może zaistnieć, a na to nas nie stać. Już dziś wielu ludzi przeciera oczy, czytając w „Nowoje Wriemia” stwierdzenie Michnika, że tylko ślepiec może nie dostrzec komunistów wśród zwolenników reform. Toż przecież jeszcze niedawno ten człowiek i ludzie mu podobni twierdzili, że komunizm jest niereformowalny! Skąd ta nagła zmiana, te łamańce myślowe? Nawet Stalin, zanim zniewolił całkowicie Polskę, trzymał komunistów w drugim szeregu, a na premierów desygnował towarzyszy z PPS. Te sentymenty dawnych komunistów względem obecnych alarmują, są niebezpieczne. Mają one już dziś ułatwić przebranie ich jutro w socjaldemokratyczne kostiumy.
Nie socjaldemokracja wyprowadzić może nas z epoki postkomunistycznej i zapewnić społeczeństwu rzeczywistą wolność. Nie ona powiodła kraje Europy Zachodniej po II wojnie światowej, po krachu faszyzmu, ku demokracji. Dokonała tego chadecja: we Francji, w krajach Beneluxu, w Niemczech, we Włoszech. I niech nikt nie mówi, podając chociażby przykład Włoch, że chrześcijańska demokracja to bałagan polityczny i ekonomiczny. Daj Boże taki bałagan u nas w Polsce, z tą samą gospodarczą prosperity, co w Italii.
Tylko na drodze pełnej demokracji możemy wyprowadzić Polskę z systemu autorytarnego i zapewnić społeczną gospodarkę rynkową, zbieżną ze współczesnym, a nie XIX-wiecznym kapitalizmem. Chrześcijańską demokrację, w polskich warunkach, uznać należy za najbardziej naturalną. Dla współczesnego Polaka jest do przyjęcia każda demokracja, byle bez dodatku socjalistyczna czy socjaldemokratyczna. Ta ostatnia bowiem, poprzez pierwszy człon nazwy, już chce demokrację pomniejszać. Socjaldemokracja nie zapewni w Polsce rzeczywistej demokracji także z tego względu, że współtworzyć ją będą byli komuniści. Wytworzy ona nowy, silny monopol władzy. A już ten przejawiony przez komitet obywatelski w 1989 r., utożsamiający opozycję ze swoim gronem, zraził wielu. O tym już na samym początku świadczyła prawie 40 proc. absencja w wyborach czerwcowych. Wspomniany monopol komitetu obywatelskiego sprawił, że brak dziś w sejmie i senacie osób, które od 1956 r., od „polskiego października”, a nawet wcześniej były w opozycji, tych, które cudem ominęły wyroki śmierci. W obu izbach parlamentu, po stronie komitetu obywatelskiego około połowa składu to byli towarzysze partyjni, a wśród bezpartyjnych znaleźli się tacy, którzy w dawnym sejmie popierali równie gromko rząd Piotra Jaroszewicza, jak obecnie Tadeusza Mazowieckiego. Tego zjawiska nie można uznać za normalne. Mogli z powodzeniem znaleźć się w parlamencie, gdyby monopolistyczne tendencje obce były komitetowi obywatelskiemu obok Jacka Kuronia także Władysław Siła-Nowicki, obok Adama Michnika również Kazimierz Świtoń. Nie straciłby nic ze swego prestiżu sejm i senat, gdyby zasiadali tam Janusz Korwin-Mikke czy Leszek Moczulski. Ileż zyskał rząd Tadeusza Mazowieckiego poprzez fakt udziału w nim, jako ministra spraw zagranicznych, prof. Krzysztofa Skubiszewskiego. A on przecież nie wywodzi się ani z familii, ani z dworu, ani ze świty. Przykład to jednak odosobniony.
Musimy wyraźnie powiedzieć społeczeństwu, że każdy monopol polityczny, zwłaszcza na czas dłuższy, to nieszczęście dla narodu i państwa. Mógł on, jeśli idzie o komitet obywatelski, w sytuacji nadzwyczajnej nieść wolność społeczeństwu, łamiąc supremację PZPR. Nie zapewni on jednak nigdy demokracji, wymaga ona bowiem pluralizmu politycznego, wielości partii w życiu publicznym i parlamencie. Dziś w Polsce, w sejmie i senacie, wszystkie ugrupowania polityczne tworzą rząd, wszystkie są prorządowe, opozycja parlamentarna de facto nie istnieje. Sytuacja wręcz kuriozalna, jakiej nie ma w żadnym parlamencie Europy. Wytkną to nam, gdy fala uniesienia, zafascynowania wydarzeniami w Polsce, opadnie.
Uznać więc należy za „na czasie” słowa Lecha Wałęsy zanotowane w „Tygodniku Solidarność” 8.12.1989 r. Powiedział on: Żyliśmy w komunistycznym monopolu, a teraz my chcemy być monopolem, Partia Solidarność, rolnicza partia Solidarność, rzeźnia Solidarność, związek Solidarność. Ludzie, do cholery – dzieci monopolu robią monopol.
A gdyby wbrew ostrzeżeniom Wałęsy monopol PZPR miał być zastąpiony monopolem partii lewicowej, socjaldemokratycznej, wykorzystującej symbol Solidarność, własność całego narodu, także środowisk chrześcijańskich, wtedy dla równowagi winna powstać silna i zwarta chrześcijańska partia robotnicza.
Ryszard Bender
———–
Każdy monopol polityczny to nieszczęście dla narodu i państwa
Zwycięstwo wyborcze nurtu politycznego skupionego wokół Solidarności, osiągnięte w dniu 4.06.1989 r. dzięki znakowi Solidarność i rekomendacji Lecha Wałęsy, nie wywołało eksplozji entuzjazmu społecznego. Tłumy nie wiwatowały na ulicach. Powód? Rozumiano dobrze, że jesteśmy dopiero na początku drogi, że wybory nie były proporcjonalne, pięcioprzymiotnikowe, w pełni demokratyczne. To trudna rzeczywistość wymusiła kontrakt, który z góry ustalił wyniki głosowania: 35% „dla nas”, 65% „dla nich”.