„Przełom” nr 13, 1 października 1990
PRL CZY JUŻ RZECZPOSPOLITA POLSKA?
Z PUBLIKACJI
Wiosną 1989 r., gdy wystąpiłem w Sejmie o zmianę nazwy PRL na Rzeczpospolita Polska, wniosek mój napotkał na zacięty opór ówczesnej ekipy władzy i… niewiele mniejszy dogadującej się z nią tajnie w Magdalence lewicowej opozycji. Z tej ostatniej strony wysuwano argument, że struktura władzy w Polsce daleka jest od doskonałości, że przywrócenie nazwy Rzeczpospolita Polska byłoby przedwczesną je legitymizacją.
Nadeszła jesień 1989 r. Węgry przestały być Węgierską Republiką Ludową, po nich Czechosłowacja i Rumunia zarzuciły dawne nazwy. My nadal pozostawaliśmy PRL-em nawet wówczas, gdy ster rządów przejął Tadeusz Mazowiecki. W tej sytuacji we wrześniu 1989 r. przesłałem telegramy do marszałków Sejmu i Senatu oraz do posła Bronisława Geremka, przewodniczącego OKP, którego wpływ na bieg spraw państwa bywa dzisiaj w Polsce więcej niż znaczący. Przypomniałem, że Sejm poprzedni, nie przyjąwszy mojego żądania zmiany nazwy państwa, przekazał wniosek do rozpatrzenia w przyszłości obecnemu Sejmowi. Domagam się więc od obecnego Sejmu przywrócenia naszemu państwu nazwy Rzeczpospolita Polska.
Cisza była prawie zupełna. PAP, prasa, radio podały treść mojego apelu. Milczała natomiast telewizja, nie odpowiedzieli adresaci. Pośrednio zareagował jedynie Bronisław Geremek. W wywiadzie dla włoskiej gazety, bodajże „Avenire”, stwierdził, że nie będziemy w Polsce zmieniać nazwy państwa, gdyż zmieniliśmy jego istotę.
I oto nagle 29 XII 1989 r., jak za pociągnięciem różdżki czarodziejskiej, na wniosek OKP, a więc i Bronisława Geremka, parlament podjął decyzję o przywróceniu rodzimej, historycznej nazwy Rzeczpospolita Polska, czego się wcześniej domagałem. Co się nagle stało? Nieco bardziej wtajemniczeni twierdzili, że Geremek i rząd, pragnęli w ten sposób odwrócić uwagę od gwałtownego z dniem 2 I 1990 r. i daleko idącego wzrostu cen, będącego następstwem nowej polityki ekonomicznej, związanej z reformą Balcerowicza.
Dziś widać wyraźnie, że nie tylko o to chodziło. Następowało w kraju coraz bardziej widoczne dogadywanie się ludzi acien regimu i lewicowej w swym rodowodzie, jeszcze do niedawna, opozycji. Do niedawna, gdyż jej już głosami wybrano prezydentem, jeszcze PRL, Wojciecha Jaruzelskiego. W rządzie Mazowieckiego z kolei znalazły się wszystkie polityczne ugrupowania sejmowe poza PAX-em i PZKS, gdyż minister Aleksander Mackiewicz, reprezentujący SD był jednocześnie eksponowaną postacią w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Społecznym (ChSS). Zaistniała więc sytuacja wręcz kuriozalna. Opozycja parlamentarna zanikła. Uformowała się ona poza parlamentem, gdyż nie zasiadają w nim przedstawiciele KPN Leszka Moczulskiego, PPN Romualda Szeremietiewa, Unii Polityki Realnej Janusza Korwin-Mikke, Stronnictwa Pracy, Stronnictwa Narodowego. Są natomiast w Sejmie, mają w nim nawet większość, ludzie byłej PZPR, byłego ZSL i SD.
Rząd Mazowieckiego skupiał jeszcze przed niewielu tygodniami filary dawnej PZPR i jej satelitów, ludzi tej miary co Florian Siwicki – minister Obrony Narodowej, Czesław Kiszczak – minister Spraw Wewnętrznych (on awansował nawet u Mazowieckiego na wicepremiera). Pozostają ministrami: Maciej Święcicki – minister Handlu Zagranicznego – do niedawna sekretarz KC PZPR (nota bene syn byłego prezesa NIK w Warszawie), Aleksander Paszyński, dawny zastępca Mieczysława Rakowskiego w redakcji „Polityki” i inni. Mało kto wie, że dopiero niedawno ustąpił z rządu Tadeusza Mazowieckiego prezes postkomunistycznej SDRP, Aleksander Kwaśniewski. Prezesuje on jednak nadal Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, będąc jednocześnie leaderem tzw. Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Pilskiej, pogrobowczyni i sukcesorki PZPR. A jak wygląda sprawa z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych? Wyodrębniono tam Urząd Ochrony Państwa, nad którym pieczę przejął Krzysztof Kozłowski z „Tygodnika Powszechnego”, obecnie następca gen. Czesława Kiszczaka, minister Spraw Wewnętrznych. Natomiast milicję przekształconą w policję (by odjąć z niej odium) przekazał Kozłowski w ręce wieloletniego szefa kadr MSW płka Leszka Lamparskiego. Więcej to niż pewne, że ten wytrawny aparatczyk będzie decydował o sprawach porządku w kraju, a nie redaktor Kozłowski. Świadczy o tym chociażby sprawa palenia akt osobowych agentów służby bezpieczeństwa, która nasiliła się już po objęciu rządu przez Mazowieckiego i trwała nawet wówczas gdy w MSW zjawił się Krzysztof Kozłowski. W NRD do tego nie dopuszczono.
Wieść nie tylko gminna niesie, że z Aleksandrem Kwaśniewskim, przewodniczącym tzw. Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, grupującej najbardziej wytrwałych w swej ortodoksji komunistów polskich, flirtuje politycznie Adam Michnik, druga po Geremku osoba w OKP. Marzą oni o wspólnej socjaldemokracji, która mogłaby uzyskać rekomendację Zachodu i wejść, mimo komunistycznego rodowodu, do Międzynarodówki Socjalistycznej. Już w jednym z jej posiedzeń uczestniczyli Aleksander Kwaśniewski z Mieczysławem Rakowskim. A może i lepiej, gdy sytuacja się wyklaruje, gdy jedna i druga lewica, komunistyczna i laicka się połączą? Będzie mniejsze pomieszanie pojęć i wyrazistsze działanie.
Powróciła po 38 latach komunistycznej banicji Rzeczpospolita Polska. Nie może ona jednak stać się fasadą dla starych treści i działań politycznych. Nie mogą nadal w Sejmie i rządzie, już Rzeczypospolitej Polskiej, mieć przewagę, chociażby wyłącznie personalną, ludzie dawnej proweniencji politycznej, nawet, jeśli nominalnie nie ma tam już PZPR, bo się rozwiązała, ZSL nazwało się PSL, a pozostaje jedynie SD, które jeszcze nie zmieniło nazwy. Nowe, wolne wybory, winny jak najszybciej zmienić, uzdrowić sytuację. Inaczej grozi nam marazm polityczny, apatia społeczna. Nader poważnym ostrzeżeniem powinny stać się ostatnie wybory samorządowe z 27 maja br. Uczestniczyło w nich zaledwie 42% obywateli. Grozi Polsce, jak określają to socjologowie, tzw. odłożony protest społeczny, czyli inaczej – zaburzenia, rewolucja. A Polski, kraju wyniszczonego przez komunistów ekonomicznie i politycznie nie stać na taki chirurgiczny zabieg.
Ten „odłożony protest” należy jak najrychlej rozładować. Dostrzega tę konieczność i zmierza ku temu, o dziwo, nie tyle rząd, nie OKP wpływowy w parlamencie, lecz przede wszystkim Lech Wałęsa, wraz ze skupiającymi się wokół niego centroprawicowymi ugrupowaniami opozycji pozaparlamentarnej. Lewica natomiast nabrała wody w usta i milczy w tej sprawie. Na co czeka?
Ostatnie posiedzenia Krajowego Komitetu Obywatelskiego, istniejącego przy Lechu Wałęsie były wręcz dramatyczne. Już 31 III 1990 r. sygnalizował Wałęsa zebranym niebezpieczeństwo dla Polski apatii społecznej, powodowanej kontrowersyjnymi działaniami rządu, tak na odcinku gospodarczym jak i politycznym, nie satysfakcjonującymi obywateli. Wstrzymano inflację, ale wzmogła się pauperyzacja społeczeństwa. Nie tylko trwa, ale pogłębia się w porównaniu z latami poprzednimi, recesja ekonomiczna, spada bowiem produkcja większości zakładów przemysłowych i rzemieślniczych, tych ostatnich ubywa. Rosną gwałtownie ceny nawet artykułów powszechnego użytku, spożywczych. Są one już niekiedy amerykańskie, a zarobki nieproporcjonalnie małe.
Ludzi irytuje, że dawna nomenklatura nadal decyduje w ministerstwach, urzędach centralnych i terenowych. Przy zmianach na stanowiskach ministerialnych nadal obowiązują tajne układy z Magdalenki, nieznane społeczeństwu. W Ministerstwie Obrony Narodowej gen. Floriana Siwickiego zastąpił również człowiek byłej PZPR wiceadmirał Piotr Kołodziejczyk. W ministerstwie u Jacka Kuronia awansował na pierwszego zastępcę Jerzy Szolter, który, jako wiceminister w rządzie Mieczysława Rakowskiego wyśmiewał w Sejmie mój wniosek o przywrócenie święta 11 Listopada. Przed kilku dniami doradcą ministra komunikacji w rządzie Mazowieckiego mianowano (o czym bez żenady doniosła telewizja, radio i prasa) byłego I sekretarza KW w Olsztynie i członka KC PZPR, Mokrzyszczaka, przedstawiciela partyjnego betonu, którego powołania na prezesa Najwyższej Izby Kontroli odrzucił poprzedni Sejm, a obecny rząd włączył go do swego składu.
Nie widać, ani w Warszawie, ani na prowincji, żeby komunistyczna nomenklatura odchodziła na plan boczny. Nadal jest prężna. Na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego 13 maja br. Lech Wałęsa wręcz rozpaczliwie wołał o wojnę z tym stanem rzeczy, o wojnę z rozrastającą się administracją, przetkaną nadmiernie komunistami, którzy po rozpadzie PZPR występują jako bezpartyjni, myląc społeczeństwo. Domagał się Wałęsa od rządu zmian politycznych, które by były dostrzegalne dla większości obywateli. Tylko 15% ludzi jest zaangażowanych obecnie w życie społeczne. To zbyt mało, stwierdzał Wałęsa. Dziś Polak widzi w rządzie, nader licznie zasiadające te same osoby, które firmowały stan wojenny 13 XII 1981 r. W Belwederze zasiada twórca stanu wojennego, wybrany prezydentem PRL, obecnie jest on już prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. I jak Polak w kraju i za granicą ma wierzyć, że rzeczywistość polityczna w Polsce uległa zasadniczej zmianie?
W telewizji, radiu, prasie odpowiedziano na ten dramatyczny apel Wałęsy frontalnym atakiem. Zarzucono mu chęć rozpętania wojny z rządem, z premierem, gdy w rzeczywistości przewodniczący „Solidarności” pragnie rząd odrodzić, premiera wesprzeć. Wytknięto Wałęsie ambicje osobiste, dążność do zastąpienia gen. Wojciecha Jaruzelskiego w Belwederze. Wałęsa nie ukrywał i nie ukrywa, że do tej zmiany dąży. Oświadcza publicznie, że o prezydenturę wystąpi. Na znak protestu z Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie ustąpiły w czerwcu br. 63 osoby. Nie unicestwiło to Komitetu, działa on przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność” i bez tych osób. Większość z nich weszła obecnie w skład ROAD, tworząc partię polityczną zwalczającą koncepcje polityczne Lecha Wałęsy. Wytrzyma on te ataki. Źle jednak, że uderzają one nie tylko w Wałęsę ale i w Polskę. Nazwisko Wałęsy przybliżyło Polskę, bez przesady, ludziom na całym świecie. Pomniejszanie Lecha Wałęsy, deprecjonowanie jego osoby szkodzi Polsce.
Nikt poza Wałęsą nie wyczuwa w Polsce w tym stopniu co on nastrojów i pragnień społeczeństwa. On jeden potrafił spowodować zawieszenie przez kolejarzy strajku w węźle słupskim. Interweniował z powodzeniem przy strajku chłopskim w Mławie. Nie rząd, nie minister Kuroń to uczynił. W świecie nazwisko Wałęsy jest symbolem Polski i wolności w naszej części Europy. Nie można jego osoby usuwać w cień. Świat tego nie zrozumie. Nie bez powodu prof. Zbigniew Brzeziński, wypowiadając się 24 maja br. w telewizji warszawskiej, wśród kandydatów na prezydenta Polski, jako pierwszego wymienił Wałęsę.
Powiedzmy wyraźnie, obecność Wałęsy w Belwederze ułatwi rządowi pozbycie się uległych już erozji zobowiązań względem ludzi z poprzedniej ekipy władzy, podjętych tajnie w Magdalence, paraliżujących dziś życie polityczne i społeczno-ekonomiczne kraju. Lech Wałęsa w Belwederze będzie widomym znakiem, że PRL rzeczywiście odeszła w przeszłość, że mamy już Rzeczpospolitą Polską, że Polska znowu jest Polską.
RYSZARD BENDER