„Polityka” nr 48, 28 listopada 1987 MÓJ MALEŃKI KOREFERAT
Z PUBLIKACJI
DANIEL PASSENT
Słowo „debata” – napuszone, pompatyczne, często niestosownie nadużywane w zbitkach pojęciowych bez wyrazu, np. „gospodarska debata”, „przedzjazdowa debata”, pasuje jak za duże buty do wypowiedzi i recytacji, które do słowa „debata” nie dorastają i trzeba za duży but wypychać watą, żeby nie spadł. Nie wiadomo kiedy dyskusja przepoczwarzyła się w „debatę”, minister spraw zagranicznych w „szefa dyplomacji”, a nasz własny, polski Sejm wydaje się niektórym za skromny i wolą zagraniczny, a więc lepszy – parlament. Z „debatą” sejmową kojarzy mi się widok redaktora Tumanowicza albo Bronikowskiego, którzy pełni namaszczenia robią co mogą, abyśmy przeżywali wraz z nimi podniosły nastrój poselskiej debaty w wysokiej izbie. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby nasz Sejm bardziej przypominał niektóre parlamenty, ale by zachował to, co ma najładniejszego – własną, polską nazwę. W Izbie Gmin podoba mi się nazwa, ponieważ kojarzy się z nie używanym juk dzisiaj słowem gmin. „Gmin wkroczył do śródmieścia” – to brzmiałoby może dobrze w ustach Marii Antoniny. Ale w Izbie Gmin podoba mi się nie tylko nazwa, również tradycja, prestiż, niezłomne – mimo różnic partyjnych – od XV wieku (!) – stanie, na straży interesów brytyjskich.
Kiedy byłem dzieckiem, nurtowały mnie głupie pytania w rodzaju, kto był większym poetą – Mickiewicz czy Słowacki, Goethe czy Schiller, albo kompozytorem – Bach, Beethoven czy Mozart. Zadałem wujowi, który mnie wychowywał, pytanie: kto ma większą kulturę – Niemcy czy Anglicy? Wuj, który był komunistą i chyba nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył, że nie poszedłem w jego ślady, był świetnie wykształcony, odpowiedział krótko i z pewną przesadą: „Kiedy Niemcy byli jeszcze hordami – Anglicy mieli już parlament”. Z tego czasu pozostało mi przekonanie, że posiadanie parlamentu z prawdziwego zdarzenia jest jednym z mierników rozwoju cywilizacyjnego.
Myślę o tym w związku z korzystnym incydentem, jaki miał miejsce w Sejmie 19 listopada, przy okazji wyboru pierwszego w dziejach Polski rzecznika praw obywatelskich. Mianowicie, jak – na szczęście! – pokazano w Dzienniku TV i relacjonowano w prasie, kilku – można powiedzieć „zaledwie kilku – posłów przeciwstawiło się procedurze wyboru pani profesor Ewy Łętowskiej na to stanowisko.
Dziennikarki „Życia Warszawy” piszą w sprawozdaniu: „W planie czasowym 26 posiedzenia Sejmu nie przewidywano debaty poprzedzającej wybór pierwszego rzecznika praw obywatelskich. Napisano po prostu «Wybór rzecznika…» Tymczasem stało się inaczej. Po zaprezentowaniu przez marszałka Malinowskiego prof. Ewy Łętowskiej (bezpartyjnej) poprosił o głos pos. Ryszard Bender (bezp.), który zakwestionował metodę przedstawiania kandydatury tuż przed głosowaniem. Sugerował, aby wybór odłożyć, dając posłom czas do namysłu. Krytycznie odniósł się również do tego, że posłom nie przedstawiono paru kandydatur. Obiekcje posła Bendera poparł pos. Edmund Męclewski (bezp.), przypominając o zapoczątkowanej ostatnio praktyce opiniowania kandydatów na ambasadorów przez Komisje Spraw Zagranicznych. Również pos. Jacek Piechotka (PZPR) był zdania, aby sprawę odłożyć.”
Fragmenty tych wystąpień oglądałem w Dzienniku TV. Następnie pokazano fragment wypowiedzi posła Frątczaka (PZPR), która nie zawierała żadnych argumentów, tylko postulat wybierania od razu, oraz posłanki Krystyny Zielińskiej (PZPR), która gorąco poparła kandydaturę prof. Łętowskiej. Wreszcie marszałek Malinowski powiedział, że uczyniono zadość jawności i innym wymogom demokracji, ponieważ kandydaturę prof. Łętowskiej ocenił PRON i jednomyślnie oraz jawnie ją zaakceptował.
Muszę powiedzieć, że całkowicie podzielam stanowisko posłów bezpartyjnych Bendera i Męclewskiego (tego drugiego chyba popieram po raz pierwszy, ale zasłużył na to) oraz posła Piechotka. Chociaż w głosowaniu przegrali, to reprezentują nie tylko siebie. Tego samego wieczora pokazano w Telewizji nowo wybraną rzeczniczkę (moje gratulacje!), która na pytanie czy była w opałach, odpowiedziała, że jeśli ktoś był w opałach, to chyba marszałek Sejmu.
Sprawa nie jest taka prosta, ponieważ panią profesor Łętowską również postawiono w niezręcznej sytuacji i dziwi mnie, że tego nie zauważyła. Miałaby chyba o wiele większą satysfakcję, gdyby została wybrana nie pospiesznie, ad hoc (nie wiadomo zresztą skąd ten pośpiech, może po to, żeby załatwić sprawę przed referendum, lecz po gruntownym zapoznaniu się z jej poglądami i zamiarami przez Sejmową Komisję Wymiaru Sprawiedliwości oraz wszystkich zainteresowanych posłów. Chyba łatwiej jest myślącemu posłowi głosować, kiedy wie, czy wybiera zwolenniczkę czy przeciwniczkę kary śmierci, sądowej kontroli decyzji paszportowych, większych uprawnień obrońcy w czasie trwania śledztwa, ustawy o pasożytnictwie czy ustawy nadzwyczajnej o szczególnej odpowiedzialności karnej.
Istota wyboru politycznego, a takim jest wybór rzecznika praw obywatelskich, polega na tym, że wybrani przez naród posłowie wybierają z kolei kogoś, kto będzie reprezentował poglądy ich wyborców. A jak można wybierać kogoś, kogo poglądy nie zostały ujawnione? Podzielam także uwagę posła Bendera, że byłoby dobrze, gdyby kandydatury na stanowisko rzecznika praw obywatelskich (i inne) były przedtem ogłaszane w prasie. Toż to jest elementarny wymóg jawności i głasnosti, jak najbardziej na czasie. Jak zwykle przed taką decyzją „na mieście” mówiło się, iż był brany pod uwagę (przez kogo?) znany adwokat Kazimierz Łojewski – prezes Rady Adwokackiej i doc. Stanisław Gebethner – teoretyk prawa konstytucyjnego. Czy w trakcie bardziej merytorycznej oceny posłowie nie mogliby wybrać spośród różnych kandydatur? Jedną i tak by wybrano, a dla pozostałych żaden wstyd – jeśli wybrany(a) lepiej spełnia potrzebne kryteria, np. jest kobietą, a więc przedstawicielką płci u nas politycznie upośledzonej, a nawet dyskryminowanej, bezpartyjną, uczoną itp.
Podobnie jak poseł Męclewski zapewniam, że nie mam nic do pani profesor Łętowskiej, trudno mieć coś przeciw komuś, kto rozpoczyna karierę polityczną. Ale o ile bardziej wdzięczną byłaby rola pani Łętowskiej, posłów i nasza, gdybyśmy wiedzieli o niej dużo więcej zanim została wybrana. Bez informacji nie ma demokracji – głosowanie na wiarę, z przyzwyczajenia, z powodu dyscypliny czy na kredyt – mniej jest warte niż wybór świadomy.
Chcąc być świadomym obywatelem zapoznałem się w tym tygodniu również z referatem Biura Politycznego na VI Plenum KC. Uczyniłem to w szkole, czekając na wywiadówkę, na którą przyszedłem za wcześnie. Najpierw uwaga natury formalnej: ile osób jest w stanie przeczytać taki obszerny tekst? Mówimy o tym, że ludzie są zmęczeni, zagonieni, a jednocześnie nie robimy nic, aby dotarły do nich te ważne treści. Referat być może musi być długi – nie wiem, dawno już nie pisałem ani nie słuchałem żadnego referatu, a pomysł opublikowania referatu przed plenum podoba mi się, gdyż zostawi więcej czasu na dyskusję. Pomysł aby dyskutować natychmiast po referacie przypomina trochę wybór ombudsmana natychmiast po podaniu kandydatury.
Najpierw przeczytałem ponad kolumnę druku w „Życiu Warszawy” i sądziłem, że już jestem mądry, aliści dopiero na końcu przeczytałem, że pełny tekst zamieszcza „Trybuna Ludu” – musiałem więc sięgnąć po pełną wersję i jestem chyba jedną z nielicznych osób z zewnątrz, które nie tylko przeczytały całość, ale więcej niż raz. Na przyszłość mam prośbę do „Życia” – jak drukuje skrót – niech informuje o tym z góry. A redaktorów PAP, radia, telewizji i gazet codziennych zapytuję niniejszym: Czy wy naprawdę wierzycie, że nie trzeba ludziom pomóc, bo i tak przeczytają całość? A może jest jeszcze gorzej – i uważacie, że szkoda się wysilać, bo i tak nikt nie czyta dokumentów, tylko wiadomości sportowe i program telewizji? Wiem skądinąd, że na użytek zagranicy PAP zmajstrował skrót referatu, a my, klienci złotówkowi, marni krajowcy dewizowi, karmieni od kilkudziesięciu lat do znudzenia ogromnymi tekstami referatów, przemówień, uchwał, stanowisk różnych komisji, radców i doradców – czy nam nie należy się pomoc?
Nie chcę być oskarżony o „jałowe malkontenctwo i tendencyjne recenzowanie”, jakie referat potępia, które jednak jest nieodłączną częścią każdego autentycznego życia publicznego, gdzie ścierają się różne poglądy, ale widzę, że ktoś nie polecił, albo obawiał się zrobić skrót dla ludzi – ze strachu, czy broń Boże czegoś nie uroni.
Nie zamierzam wyręczać tych, którzy biorą pieniądze za informacje i za to, by treści ważne docierały do społeczeństwa zamiast być odkładane jako wymagające zbyt wiele wysiłku. Sporządzę więc tylko swój maleńki koreferat. Dobrze, iż Biuro Polityczne ma świadomość, że grozi nam zastój albo regres, dobrze, że wspomina o istnieniu „konserwatywnych, oportunistycznych tendencji do hamowania reform”, gdyż do niedawna, zgodnie z tradycją, komuniści łączyli oportunizm na ogół z rewizjonizmem i liberalizmem. Dobrze, że referat nie ogranicza się kolejny raz do zapowiedzi zwalczania biurokracji, ale trochę wnika w jej przyczyny („nadmierna centralizacja decyzji”, „wyrastanie ciał wykonawczych ponad przedstawicielskie”) aczkolwiek niewystarczająco. Słuszna jest zapowiedź wyboru wojewodów, prezydentów i naczelników, choć ograniczona przez powoływanie ich następnie przez organy nadrzędne. Referat zapowiada, te zebrania przedwyborcze będą miały prawo wysuwania kandydatów na radnych, ale nie wspomina o kandydatach na posłów. Zapowiada się możliwość zaskarżania do sądów decyzji o odmowie rejestracji lub rozwiązania stowarzyszeń. Co do propozycji powołania Społecznego Komitetu Praw Człowieka, to – jak wiele innych – zależy ona od tego, jacy to będą społecznicy. Referat jest wielkoduszny w tonie wobec osób krytycznych, uznaje, że można być w opozycji „do konkretnych rozwiązań i sposobów” kierując się patriotycznymi pobudkami (z tych pobudek płynęły głosy krytyczne na temat sposobu wyboru rzecznika praw obywatelskich), a także otwiera możliwość powrotu do PZPR jej byłym członkom.
Miejscami dokument jest ogólnikowy bądź niejasny. Zawiera także myśli banalne („Nowa perspektywa wymaga nowego myślenia”), lub nie doprowadza rozumowania do końca. Np. pisząc o reakcjach na stan wojenny, pisze o „emocjonalnych” pobudkach działań kontestacyjnych. Te jednak nie są jedyne ani najważniejsze – obok nich występuje kontestacja chłodna, przemyślana, będąca skutkiem przemyśleń własnych lub podpowiedzianych, a nie chwilowego przygnębienia. Trzeba przyznać, że dotychczasowe doświadczenia były trudne nie tylko dla osób emocjonalnych.
Jak powiedziałem – nie zamierzam analizować referatu, a tylko wybrać najciekawsze propozycje (za kolegów z prasy codziennej), pokazać jak daleko autorzy poszli, a przed czym się zatrzymali. Ponieważ zacząłem od Sejmu, na Sejmie skończę. Referat daje broń do ręki tym, którzy krytykowali sposób wyboru rzecznika praw obywatelskich. W rozdziale o kadrach cytuje się klasyka, iż „masy o wszystkim powinny wiedzieć, o wszystkim wydawać sąd”. W tym przypadku masy, nawet poselskie, nie bardzo mogły. „Opowiadamy się za powiększaniem liczby stanowisk obsadzanych w drodze konkursów”. Tym razem zwykły konkurs dla ochotników nie był może do przyjęcia (chociaż, kto wie?), ale nie widziałem żadnego wybierania przez Sejm spośród różnych kandydatur. Czytamy w referacie o potrzebie jawności i wyrażania „zróżnicowanej opinii społecznej”, ale w sprawie wyboru rzecznika praw obywatelskich jawności nie było za wiele, a gdy dwaj czy trzej posłowie, wśród nich bardzo lojalny Edmund Męclewski, spróbowali się zróżnicować, to marszałek uznał, że ich „oburzenie” nie jest uzasadnione. Nie każdy sprzeciw posła jest jednak oburzeniem, a bezpartyjni mają tę dodatkową wolność, że nie podlegają dyscyplinie. Sądzę, że wzięli oni serio referat na plenum.