18 posiedzenie Senatu w dniu 24 lipca 1992 r.

PRZEMÓWIENIA SENACKIE

Senator Ryszard Bender:

Panie Marszałku!

Proszę pozwolić, że będę apelował do Wysokiej Izby o poparcie wniosku większości. Nie jest ścisłym stwierdzenie, że Senat nie ma prawa, w myśl ustawy sejmowej, stawiania władz najbliższych prezydentowi w stan oskarżenia i decydowania o tym oskarżeniu.

Ma to prawo, cząstkowe, poprzez uczestniczenie w Zgromadzeniu Narodowym, w wydawaniu decyzji o jego winie, bądź braku takiej winy. Uczestniczy cząstkowo, uczestniczy przez głosowanie.

Uważam, że ranga Senatu jest tutaj naruszona. Głosować może, natomiast ma być odizolowany od czynności poprzedzających głosowanie. Tylko w tym, niejako mechanicznym zakresie, uczestniczy Senat, tj. będąc częścią Zgromadzenia Narodowego.

W myśl projektu sejmowego stu piętnastu posłów, członków Zgromadzenia Narodowego, miałoby prawo wystąpienia przed Trybunałem Stanu o powołanie prezydenta bądź członków rządu, natomiast senatorowie, którzy są również członkami Zgromadzenia Narodowego, nie posiadaliby takiego prawa. Brak tu jakiejś symetrii. W związku z tym bardzo dobrze, że w projekcie większości jest analogia również 25 senatorów, 1/4 naszej izby, również mogłaby wystąpić z takim wnioskiem.

Była mowa o tym, że w konstytucji marcowej i kwietniowej w okresie międzywojennym, nie było możliwości stawiania przed Trybunał Stanu osób, które należało powołać przed ten trybunał ze strony Senatu. Nie wiem czy to jest ścisłe stwierdzenie, bo słyszeliśmy, że połączone izby Sejmu i Senatu mogły powołać przed Trybunał Stanu prezydenta lub też inne osoby.

Tu również chodzi przecież o to, by połączone Izby miały to prawo podane w sposób uszczegółowiony. Chodzi o uszczegółowienie, aby mogły nie tylko głosować, ale by członkowie każdej z nich mogli również uczestniczyć w fazie wstępnej. Czy to dobrze, że nie wykonywano tego w okresie międzywojennym? Trudno orzec.

Słyszeliśmy ze strony pana senatora Chojnackiego, który ukazał ów zarys historyczny, iż pewna „niemrawość” przedwojennego Trybunału Stanu – nawet w odniesieniu do głośnej sprawy ministra Czechowicza – być może wynikała z tego względu, że Senat był w jakimś sensie „niemową”.

Pan senator Piotrowski zechciał powiedzieć, że trudno Senatowi udzielać tych praw, gdyż nie sprawuje on kontroli nad rządem. Sprawuje – przez rozpatrywanie budżetu. Przecież jest to najważniejszy przywilej wszelkich ciał ustawodawczych. Nie ma ciała ustawodawczego, jeśli nie ma ono prawa do budżetu. Tutaj się – powiedzmy – krystalizują najważniejsze sprawy państwa. Tak więc Senat ma również kontrolę nad rządem.

Mówiliśmy, że – wspomniał o tym pan senator sprawozdawca Chojnacki – kontrola jakości prawa jest pewną domeną Senatu, że refleksja nad systemem prawnym, to ważny moment w pracach Senatu.

Jeśli więc członkowie Senatu – jednocześnie zaś Zgromadzenia Narodowego – będą uczestniczyli we wstępnych fazach powołania przez Trybunał Stanu, nie będzie to rzeczą niewłaściwą. Sądzę, że nie raz w Sejmie będą się zastanawiać, czy powoływać kogoś, skoro Senat nie powołuje przed Trybunał Stanu. Będzie to moment refleksji. Proszę bardzo, jaki będzie odbiór publiczny? I odwrotnie – jeśli na skutek rozbicia politycznego w Sejmie – o czym mówimy – z racji różnych sytuacji, układów, nie będzie się powoływać kogoś winnego. Senat może mieć inicjatywę.

Czy minimalizm w odniesieniu do Senatu przy politycznym rozbiciu, jakie istnieje przecież w izbie poselskiej, jest właściwy? Trudno byłoby na niego przystać.

Są przecież wypowiedzi, że Senat w ogóle jest zbyteczny. Podtrzymując wniosek mniejszości potwierdzimy tę opinię.

W związku z powyższym apeluję o poparcie dla większości senackiej w sprawę Trybunału Stanu.

(…)

Senator Ryszard Bender:

Panie Marszałku!

Pragnę poinformować Wysoką Izbę o sprawie, którą należałoby uznać za kuriozalną, gdyby nie była ona smutną rzeczywistością. Wymaga ona zdecydowanej reakcji.

Wysoki Senacie!

Droga od bramy Cytadeli Warszawskiej do ulicy Zakroczymskiej nosiła przed wojną i jeszcze jakiś czas po wojnie imię Jana Jeziorańskiego. Obok były i są ulice Krajewskiego, Toczyskiego, Żulińskiego, którzy po klęsce powstania styczniowego wraz z Romualdem Trauguttem zawiśli w cytadeli na szubienicy. Traugutt ma swoją ulicę – dawniej Berga. Jan Jeziorański był, obok Traugutta, najbardziej represjonowaną osobą. Bito go, torturowano. Traugutta to ominęło.

Jeziorański stracił swą ulicę. On, męczennik narodowy, jak pisałem kiedyś na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Dlaczego utracił ulicę? Bo w okresie bierutowsko-stalinowskim skojarzono jego nazwisko z nazwiskiem Jana Nowaka Jeziorańskiego, dyrektora rozgłośni polskiej radia Wolna Europa. Założono, że Jan Jeziorański, członek Rządu Narodowego z 1863 r., był przodkiem Jana Nowaka Jeziorańskiego – mimo że tak nie było. Jan Jeziorański z powstania styczniowego nie miał męskich potomków.

Do dziś trwa ten smutny, bolesny stan, będący reliktem działań ludzi z ekipy komunistycznej, których wczoraj jeszcze, podczas dyskusji nad senackim projektem ustawy lustracyjnej, niektórzy senatorowie próbowali bronić i wybielać z uporem godnym lepszej sprawy.

Wiem, że już w 1990 r. prezydent m.st. Warszawy, Stanisław Wyganowski przyrzekał przywrócenie ulicy Jana Jeziorańskiego. Nadal jednak, mimo że trzeci rok upływa, ta dawna ulica Jana Jeziorańskiego stanowi część ulicy Zakroczymskiej, tak jak zadekretowały to ówczesne władze komunistyczne Warszawy.

Apeluję do pana prezydenta Wyganowskiego, do rady miejskiej Warszawy, do Urzędu Rady Ministrów o przywrócenie ulicy Jana Jeziorańskiego, bohatera i męczennika narodowego. Pamięć o nim nie może być wymazana z planu Warszawy. (Oklaski)