III sesja Sejmu – 14 posiedzenie z 26 stycznia 1978 r.
Informacja o wdrażaniu Kodeksu pracy.
PRZEMÓWIENIA SEJMOWE
Poseł Ryszard Bender:
Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Uchwalony 26 czerwca 1974 roku przez Sejm, a wprowadzony w życie z dniem 1 stycznia 1975 roku Kodeks pracy przyniósł nie tylko kodyfikację prawa pracy, ale wprowadził również szereg nie znanych dotychczas rozwiązań, których potrzeba była od dawna odczuwana. Do tych bezspornych osiągnięć Kodeksu pracy zaliczyć należy zniesienie różnic w sytuacji prawnej pracowników fizycznych i umysłowych, wprowadzenie zasady ochrony trwałości stosunku pracy przed bezzasadnym jego wypowiedzeniem, ograniczenie odpowiedzialności pracownika przed skutkami jego winy nieumyślnej.
Przy tych pozytywach można by nie poprzestać, można by wymieniać dalsze, jest ich wiele. Idzie jednak o dalsze doskonalenie oddziaływania Kodeksu pracy.
Wysoka Izbo! Realizacja kodeksu w praktyce, jak wskazują chociażby opracowania przedstawione nam przez Sąd Najwyższy, Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Pracy, Płac i Spraw Socjalnych, nasuwa cały szereg uwag co do sposobu stosowania kodeksu, podpowiada też potrzebę poszukiwania dalszych rozwiązań. Mówił o tym zresztą i wskazywał na te potrzeby Minister Rudolf. Kodeks jest bowiem zarówno zbiorem praw, jak i obowiązków. Sygnały w tej sprawie docierają do nas od samych zainteresowanych. Kierują je oni również do Koła Poselskiego „Znak”. Jakie to są sprawy? Dotyczą one także problemów dostrzeżonych we wspomnianych wyżej opracowaniach Sądu Najwyższego i obu ministerstw. W opracowaniu Ministerstwa Pracy, Płac i Spraw Socjalnych dotyczącym wdrażania Kodeksu pracy mowa jest o wprowadzonych po 1971 roku tzw. branżowych taryfikatorach kwalifikacyjnych dla pracowników umysłowych, w szczególności dla kadry kierowniczej. Z drugiej strony wiemy jednak, że z 2 300 tys. pracowników zatrudnionych na stanowiskach wymagających wykształcenia wyższego względnie średniego – 24%, czyli 550 tys. takich warunków nie spełnia. Czy mogą oni właściwie kierować i wdrażać – jak to mówimy – Kodeks pracy? Pytanie raczej retoryczne.
Mówiliśmy przed chwilą o walorach kodeksu chroniących pracownika przed odpowiedzialnością za jego winę nieumyślną. Problem w tym jednak, że kodeks jednocześnie nie precyzuje przejrzyście sytuacji – a przynajmniej nie zawsze – w których uznać należy istnienie winy umyślnej pracownika. Nabiera to szczególnego znaczenia w odniesieniu do pracowników szczebla kierowniczego. Należy zastanowić się, czy nie mamy tu do czynienia z jednostronnym rozumieniem roli prawa mającym – według niektórych kierowników zakładów pracy – spełniać dla nich „funkcję ochronną”, jak to dosadnie stwierdzono w sprawozdaniu Ministerstwa Pracy, Płac i Spraw Socjalnych.
Wiadomo też, że sądy powszechne mają nieraz trudności z dopozwaniem kierowników zakładów pracy w toczących się już procesach sądowych. Różne sytuacje sprawiają, że ci kierownicy tam się nie zjawiają.
Z pracą wiąże się ściśle sprawa należytego zabezpieczenia pracownika na wypadek jego inwalidztwa. Jak wiadomo, wszelkie sprawy sporne o renty inwalidzkie rozstrzygane są jednoinstancyjnie, w odróżnieniu od innych spraw emerytalnych. Jest to jedyny przypadek w naszym sądownictwie opartym na zasadzie 2-instancyjności, a dotyczy on spraw o szczególnej doniosłości społecznej. W sprawach tych odwołania od decyzji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych trafiają wprost do tzw. OSPUS, czyli okręgowych sądów pracy i ubezpieczeń społecznych, z pominięciem rad nadzorczych oddziałów ZUS. Od orzeczenia wspomnianych sądów nie służy też w zwykłym trybie odwołanie do Sądu Najwyższego – a tylko w drodze rewizji nadzwyczajnej. Potrzeba zapewnienia kontroli orzeczeń w trybie odwoławczym w II instancji sądowej jest tu chyba szczególnie paląca.
Osiągnięciem kodeksu jest stworzenie możliwości odwołania do okręgowego sądu pracy i ubezpieczeń społecznych od decyzji komisji orzekających w sprawach pracowniczych. To jest bezsprzeczne osiągnięcie kodeksu. Komisje te spełniają ważną i pożyteczną funkcję – słyszeliśmy z dzisiejszych wystąpień. Błędem byłoby jednak sądzić, że dostatecznie one już okrzepły, że zawsze decydują właściwie i że zawsze zasiadają w nich ludzie właściwego, dużego formatu. Dam przykład z „science fiction” niemalże, chociaż rzeczywisty. Od jednego ze stoczniowców w grudniu 1977 r. wpłynął pozew o należność za pracę do sądu, który wyznaczy Sejm Rzeczypospolitej Polskiej. Przewodniczący zakładowej komisji rozjemczej w jego miejscu pracy orzekł, że komisja w ogóle nie rozpatrzy jego wniosku w tym celu, aby jej żaden sąd rozpatrzyć nie mógł… Bo jeśli nie wpłynie wniosek od komisji, sąd nie będzie miał inicjatywy. Pracownik ten w liście skierowanym do Koła Poselskiego „Znak” prosi „całe zgromadzenie Sejmu”, żeby znalazło taki sąd, który byłby władny, bez wstępnej decyzji komisji rozjemczej, rozpatrzyć jego sprawę.
Konieczność więc stałego instruktażu i kontroli działania komisji jest warunkiem prawidłowego dalszego wdrażania kodeksu. Ten wniosek nasuwa się wprost.
Przejdę do innej kwestii, dosyć chyba ważnej i ciekawej – układy zbiorowe. Rola ich przy obecnym kodeksie wyraźnie zmalała. Musimy to sobie powiedzieć. Różne na to złożyły się przyczyny. Układy zbiorowe spełniały jednak ważną funkcję. Wypróbowywały mianowicie rozwiązania spraw pracowniczych nie przewidziane w ustawie, ale niesprzeczne z nią, możliwie. Dziś układy zbiorowe służą głównie realizacji uprawnień i obowiązków wynikających z samej ustawy. Nie są już „poligonem doświadczalnym”, jakim były kiedyś dla prawodawstwa pracy, korzystnym jakże często dla pracowników.
Rozszerzenie znaczenia układów zbiorowych byłoby społecznie korzystne. Sądzę, że dla związków zawodowych układy zbiorowe, właściwie ujęte, mogą zawsze stanowić wdzięczne pole działalności i inicjatyw. Na tle występującego w niektórych rejonach kraju niedoboru siły roboczej (o czym słyszymy coraz częściej), a także konieczności coraz to bardziej racjonalnego, uważnego gospodarowania zasobami ludzkimi – szczególnego znaczenia nabiera możliwie pełna realizacja konstytucyjnej zasady prawa do pracy. Zasada ta to chluba naszego ustroju. Tym bardziej należy zabiegać o jej najpełniejszą realizację. Realizacja tego prawa – to przede wszystkim pole działania organów zatrudnienia, komórek kadrowych i kierowników zakładów pracy.
Organy zatrudnienia nie mogą ograniczać się do formalnego pośrednictwa przy zawieraniu umów i milczącego akceptowania zatrudnienia według różnych bieżących układów, sytuacyjnych momentów, nieraz według powiedzeń: „ty mi załatwisz, ja ci załatwię”, kumoterstwa, o którym słyszeliśmy, które się zdarza, nierzadko asekuranctwa, które też jest przecież niepotrzebne. Prowadzi to nie tylko do tzw. selekcji negatywnej w zatrudnieniu, ale powoduje wręcz chaos i brak rozeznania potrzeb. A organy zatrudnienia powinny być dla władzy, dla ministerstw, dla Rządu, właśnie źródłem dokładnych, precyzyjnych informacji.
Należałaby na organy zatrudnienia nałożyć obowiązek stałej troski o dostarczenie pracy osobie zgłaszającej gotowość jej podjęcia, a nie wystarczy bezradne rozkładanie rąk. Winny one mieć obowiązek w ściśle oznaczonym terminie wskazać pracę najbliższą kwalifikacjom zainteresowanego. W wypadku niemożliwości znalezienia chwilowo takiej pracy, organy te osobie poszukującej zatrudnienia powinny zapewnić, do momentu znalezienia pracy, odpowiednie świadczenia pieniężne i socjalne, by nie cierpiał z braku zatrudnienia pracownik, a zwłaszcza jego rodzina. Naturalnie nie dotyczy to osób, które notorycznie uchylają się od podjęcia pracy. To musimy wyraźnie powiedzieć.
Okresy pozostawania bez pracy przed wyzwoleniem kraju zaliczane są dziś do okresów zatrudnienia dla celów emerytalnych. Możliwości takiej nie mogą być pozbawieni ci, którym organy zatrudnienia nie potrafią aktualnie znaleźć pracy najbliższej ich możliwościom – i w tym wypadku, gdy oni chcą tej pracy. Kodeks pracy stworzył już prawidłowy precedens uregulowania tego problemu. Objął mianowicie świadczeniami wyrównawczymi z art. 177 § 4 kobiety ciężarne, z którymi wskutek likwidacji zakładu, rozwiązano umowę o pracę, a nie dano innego zajęcia. Precedens jest już, można spróbować dalej tą drogą kroczyć.
Potrzeba świadczeń wyrównawczych to nie zagadnienie teoretyczne. Wskutek inercji i wspomnianego asekuranctwa niektórych terenowych organów zatrudnienia – działających niekiedy według prawa Parkinsona – zdarza się, że przez czas pewien dana osoba czy szereg osób pozostaje bez pracy. A nawet gdyby to były sporadyczne wypadki, gdyby były nimi objęte tylko jednostki, to też trzeba tym jednostkom wyjść naprzeciw. A że jednostki w takich sytuacjach się znajdują, to jest faktem. Dam przykład. Absolwentka przemierza szereg województw, żeby znaleźć możliwość zatrudnienia. Jest realistką, nie myśli o jakiejś renomowanej szkole średniej, nie myśli o bibliotekach bardzo eksponowanych. Chce dostać jakąkolwiek pracę, w jakiejkolwiek bibliotece, świetlicy czy gdziekolwiek. Czas mija. Jest bez zajęcia, jest u mamy – ale taka sytuacja nie powinna trwać w sposób ciągły.
Dalszy przykład: absolwentka kończy studia, jeszcze nie wymienia legitymacji na dyplom, idzie do szpitala z racji posiadania tej legitymacji. Wychodzi ze szpitala, bierze dyplom, nie ma legitymacji, ma jechać do sanatorium, nie może dostać skierowania do sanatorium, bo nie ma pracy. Jakie jest z tego wyjście: ogromnie trudne. Znalazło się ono – rozpoczęła drugi kierunek studiów, może z pożytkiem, i będzie mogła skorzystać z leczenia w sanatorium.
Inny jeszcze przykład – i może na nim skończę cytowanie przykładów: absolwent, który z radością biegnie, żeby wziąć godziny zastępcze z racji urlopu nauczyciela w jednej ze szkół podstawowych, otrzymuje te godziny, ale po tygodniu jego zwierzchnik przychodzi i stwierdza: „Proszę Pana, jest Pan absolwentem Katolickiego Uniwersytetu, ja jestem za mało wpływowy, żebym mógł znieść tę Pana oryginalność u siebie. Ma Pan wynagrodzenie za cały miesiąc i niech Pan mnie zrozumie”.
Nieraz takich drżących urzędników możemy spotkać. Nie są to nagminne wypadki w odniesieniu do uczelni, którą wspomniałem i w której pracuję, ale nie są też zupełnie sporadyczne. Jako posła martwi mnie to, martwi bardzo. Wierzę, że niebawem będzie to zupełna przeszłość.
Wysoki Sejmie! Jeszcze jedna sprawa wiążąca się z problemami dotąd poruszonymi. Sprawa osób duchownych i sióstr zakonnych. Mówiłem o tym z tej trybuny 31 marca ub. roku. Stwierdziłem, iż należałoby włączyć do powszechnego sytemu świadczeń socjalnych i ubezpieczeń społecznych, wynikających z zatrudnienia, osoby duchowne i zakonne zatrudnione w instytucjach kościelnych na zasadach umowy o pracę. Boleję, że sprawa ta nadal tkwi w martwym miejscu, że nie ma zmian. Trudno żądać, żeby te osoby same występowały. Jesteśmy politycznymi działaczami katolickimi. Do nas należy upominanie się o to. W związku z tym występuję z nieśmiałym apelem do Pana Premiera, do Rządu, żeby ta sprawa mogła jakoś ruszyć z miejsca i być sfinalizowana.
Raz jeszcze pragnę podkreślić: duchowieństwo to krew z krwi i kość z kości naszego narodu, także tej chłopskiej i proletariackiej jego części. Osoby duchowne nie mogą pozostawać dłużej jako jedyna i ostatnia grupa w państwie poza naszym ustawodawstwem pracy i socjalnym. To też ludzie pracy; służą i to dobrze służą narodowi.
Wysoka Izbo! Pragmatyk zupełny, a takich sporo, powie: po cóż tyle roztrząsań w Sejmie nad kodeksem i jego stosowaniem. Przecież prawo prawem, a życie życiem i rwie ono swoim nurtem. Nurt jednak można i należy regulować. Stąd też nasza słuszna troska w dzisiejszej dyskusji o właściwe wdrażanie Kodeksu pracy. Dziękuję. (Oklaski)